Rzadko się zdarza, aby obcokrajowiec grający w polskiej lidze mógł wystąpić we własnej reprezentacji, żeby było ciekawiej: zadebiutować w meczu przeciwko biało-czerwonym. I to nie byle jakim, ale eliminacyjnym do wielkiej imprezy sportowej jakim są Mistrzostwa Europy. A stało się to udziałem zawodnika wcale nie wybitnego, który dzięki zwykłemu szczęściu osiągnął więcej niż się mogło z początku zdawać. Trzeba wszakże naszemu bohaterowi oddać, że to co dał mu do ręki ślepy los wykorzystał w całej pełni.

Ale jak to się właściwie zaczęło? 5 lutego 1977 r. w Ogre, w małym miasteczku w środkowej części dzisiejszej Republiki Łotewskiej, przyszedł na Świat Andrejs Prohorenkovs. Początki kariery nie były łatwe. Gra w ryskich zespołach (Interskonto, Olimpija, Jurnieks) nie była szczytem marzeń dla młodego Andriejsa… bardziej wyjazd na Zachód. Ale jak to zrobić?

Krok pierwszy - Hutnik Warszawa. W połowie lat 90-tych w ekstraklasie chętnie zatrudniano futbolistów z Litwy. Jak na polskie warunki szybko się aklimatyzowali, nie byli wcale gorsi, a w utrzymaniu to już „miód, malina”. Szczególnie Stomil Olsztyn miał dobrą rękę do litewskich posiłków, jak Aidas Preiksaitis czy Tomas Ramelis. Z biegiem czasu cena za piłkarzy z litewskiej ligi – ku niezadowoleniu włodarzy polskich klubów (poczynając od I, kończąc na III lidze) zaczęła niepokojąco wzrastać. Zainteresowano się więc „tańszymi” ligami. Tym sposobem Łotwa stawała się drugim eldorado, gdzie można było znaleźć dobrze wyszkolonych i niedrogich zawodników. Ten boom szybko się skończył. Okazało się, że umiejętności pokazywane podczas treningów, a mecz to dwa zupełnie inne Światy. Działaczom Hutnika umiejętności Prohorenkovsa akurat przypadły do gustu. Tym sposobem trafił do polskiej ligi.

Krok drugi – Odra Opole. W barwach Hutnika Andrejs rozegrał 23 spotkania i strzelił 6 bramek. Dużo to czy mało? Przyzwoicie, gdybyśmy zakładali, iż wspomniany dorobek nasz bohater skompletował w jednym Sezonie. Gorzej, zważywszy, że taki bilans widniał przy jego nazwisku za dwa Sezony („wiosna” 1996/1997 i „jesień” 1997/1998 – red.).

Niepotrzebny w Warszawie, po nieudanym epizodzie w Czuwaju Przemyśl („wiosna” 1997/1998 – red.), na nieco dłużej zatrzymał się w Ceramice Opoczno. W stolicy polskich płytek ceramicznych zanotował w sumie przyzwoity Sezon (1998/1999: 22 mecze, 4 trafienia – red.), „zaledwie” o 4 pkt. przegrywając bój o awans z Petrochemią Płock. Gra Łotysza na tyle spodobała się opolskim działaczom, iż z otwartymi ramionami przywitano go na Opolszczyźnie (chociaż chodziły słuchy, iż to bardziej zasługa obrotnego menadżera niż samego zawodnika). Pobyt w stolicy polskiej piosenki nie zadowolił jednak aspiracji zawodnika, ani Zarządu OKS-u. W Sezonie 1999/2000 rozegrał co prawda 22 spotkania, ale celownik miał zdecydowanie źle ustawiony (1 trafienie – red.).

Krok trzeci – Górnik Zabrze. Łotewski „bombardier” co prawda nie sprawdził się na Oleskiej, ale prezes Odry, Ryszard Niedziela nie zamierzał na razie sprzedawać łotewskiego Nwaoagu Uchenny (nota bene występującego w trykocie Odry w Sezonie 2008/2009,, uwielbianego i zarazem znienawidzonego za brak skuteczności - red). Wobec dobrej rundy jesiennej 2000/2001 w wykonaniu Odry (wiadomo kto za tym stał: „Fryzjer”), ale i pogłębiającemu się kryzysowi w finansach głównego dobrodzieja klubu, zdecydowano się pozbyć „kłopotliwego” napastnika. Na łotewską egzotykę skuszono się w I-ligowym Zabrzu. Jednak i tu Prohorenkovs się nie przełamał. Jakimś cudem uzbierał 12 spotkań + jedną bramkę. Tym samym kończyła się przygoda z polską piłką zawodnika, do której niewiele wniósł, z wyjątkiem może zabawnych przejęzyczeń prasy sportowej (najczęstsze to Prochalenko i Prochorenkow – red.)

Krok czwarty – Izrael. Nie wiadomo jakim sposobem, ale po zakończeniu przygody z Polską, nasz bohater w końcu się przełamał!!! Swój raj znalazł w gorącym – dosłownie i w przenośni - Izraelu. W swym debiutanckim Sezonie w Maccabi Kiryat Gat (2001/2002 red.) rozegrał 26 spotkań, siedmiokrotnie zaskakując golkiperów przeciwnika. Dobra gra zaowocowała transferem do Maccabi Tel Awiw i… mistrzostwem kraju (2002/2003: 30 występów, 10 trafień – red.). Kolejny Sezon był już słabszy, niemniej i tak lepszy niż bywało to nad Wisłą (15 występów, 4 bramki – red.).

Krok piąty – reprezentacja. W drużynie narodowej zadebiutował za kadencji Aleksandrsa Starkovsa. Los chciał, iż stało się to 12 października 2002 r., w stolicy państwa gdzie jeszcze nie tak dawno z jego gry częściej się śmiano niż podziwiano. Nadarzała się więc okazja do rewanżu. Debiut Andrejsa okazał się więcej niż udany. Biało-czerwoni zostali pokonani na własnych śmieciach. W dużej mierze niniejsza porażka zadecydowała, że to Łotwa, nie Polska zajęła drugie miejsce w grupie. Prohorenkovs szybko zadomowił się w reprezentacji. Niedługo po „utraceniu dziewictwa” (w domyśle – meczu z Polską), mógł cieszyć się z pierwszego trafienia (30 kwietnia 2002 r. w konfrontacji z San Marino; 3:0 – red.).

Po pasjonującym barażu z Turcją (1:0 i 2:2 – red.), awans Łotwy do ME stał się faktem. Trafiając do grupy śmierci (Niemcy, Holandia, Czechy – red.), podopieczni Starkovsa nie przynieśli swej ojczyźnie wstydu. W każdym z nich w podstawowym składzie wychodził łotewski Nwaogu. Z Czechami grał do 72 minuty i zaliczył asystę (minimalna porażka 1:2 – red.), z Niemcami do 67 min. (0:0 – red.), a z Holandią dotrwał do 75 min. (porażka 0:3 – red.).

Czy to już koniec? Turniej w Portugalii dla Prohorenkovsa był szczytem własnych umiejętności. Kolejne przystanki w jego karierze były już tylko powrotem do przeszłości.

W latach 2004-2008 zaliczył co prawda: Dinamo Moskwa, Maccabi Tel-Awiw, Racing Ferrol i Ionikos Nikaias, ale na dobrą sprawę, w żadnym z nich nie zachwycił. Również w reprezentacji jego czas minął, zamykając się dorobkiem 32 występów i 4 trafień (w l. 2002-2007 – red.). W końcu zdecydował się wrócić w rodzinne strony, a dokładniej do Metalurga Lipawa. Tu też jakoś szczególnie się nie wyróżnia (w l. 2008-2012 92 mecze, 14 bramek – red.).

Niemniej czy nie chcielibyśmy być na jego miejscu? Osiągnąć to co on? Bo tak jak w polskiej piłce Tomasz Zahorski, tak w łotewskiej Andrejs Prohorenkovsobaj mieli swoje 5 minut sławy. I tego nikt im już nie odbierze. A czy to nam się podoba? To już inna para kaloszy.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online