"Odra" Opole na stadionie warszawskiej "Polonii" (1:4, 1959)25 kwietnia 1959 r. (w sobotę), jedenastka Teodora Wieczorka miała potykać się z nie byle jaką drużyną, bo z mistrzem kraju (z 1946 r.) i zdobywcą Pucharu Polski (w 1952 r.).  

Tak szybko jednak jak sława ulatuje, tak i z warszawskiej drużyny w ciągu kilku lat (!!!) niewiele już tej CHWAŁY zostało. W 1959 r. „Poloniści” byli TYLKO II-ligowym beniaminkiem, ciułającym punkt po punkciku, aby tylko nie spaść z tejże klasy rozgrywkowej (po 5-ciu kolejkach warszawianie zajmowali 9. pozycję z dorobkiem 5 pkt. – red.).

Spotkanie 6. kolejki zakończyło się zwycięstwem „gości”, co nie było niespodzianką. Jednakże rozmiary „wiktorii”… jak najbardziej mogły zaskoczyć. W drużynie „gospodarzy” na wyróżnienie zasłużyli jedynie Andrzej Zelenay (strzelec bramki) oraz bramkarz Jerzy Grom. Z drużyny przeciwnej najlepsze wrażenie pozostawili: Franciszek Klik, Engelbert Jarek oraz Henryk Brejza.
 
Na temat warszawskiego wojażu opolan „Trybuna Opolska” pisała (nr 99 z 27 IV 1959):
 
 
 
6 kolejka: 25.04.1959 Polonia Warszawa – Odra Opole 1:4 (Zelenay 7 – Jarek 50, Bania 65, Popluc 80, 85)
 
Skład: Kściuk, Strociak, Brejza, Wrzos, Prudło, Blaut, Stemplowski, Jarek, Klik, Popluc, Bania
 
 
 
1:4! Tak brzmi ostatecznie rezultat sobotniego spotkania Polonii warszawskiej z opolską Odrą. Czyli inaczej mówiąc oznacza to 2 dalsze punkty dla naszego zespołu i umocnienie się w czołówce tabeli ligowej.
 
Zapowiadało się jednak niezbyt różowo. Po 50 minutach nerwowej gry Polonia prowadziła 1:0 i nawet najbardziej optymistycznie nastawieni kibice mieli niewesołe miny. Cóż z tego, że opolanie mieli przewagę w polu, jeśli piłka nie chciała wylądować w siatce przeciwników. Sytuację w poważnym stopniu uratował Jarek, który w 50 min. strzelił swą słynną prawą potężną bombę i Grom po raz pierwszy skapitulował. Była to bramka z rzędu psychologicznych. Odebrała wiarę w siebie Polonistom natomiast gościom dodała animuszu i wyraźnej ochoty do walki z przeciwnościami losu. Wprawdzie po straconym golu warszawiacy przez 10 minut panowali niepodzielnie na boisku, zamykając Odrę w szczelnym zamku, nie zdołali jednak zmusić Kściuka do kapitulacji. Był to zresztą przysłowiowy łabędzi śpiew Polonistów… Od 60 minuty dotychczas niewielka przewaga opolan przybrała potężniejsze rozmiary i rozpoczęła się z kolei tragedia Polonii. Najpierw Bania sprytnie wykorzystał zamieszanie za polu karnym gospodarzy i mimo interwencji Groma i Śliwy skierował piłkę do bramki. Potem dotychczas niemrawy i zdradzający wyraźną niechęć do gry zespołowej Popluc wystawiony przez Franka Klika 2 razy celnie strzelił i podpisał tym samym wyrok na beniaminka ligowego. Po trzeciej bramce gęsto oblepiony stadion Polonii zaczął dziwnie szybko pustoszeć, chociaż do końca meczu pozostawało jeszcze 10 minut.
 
Przysięgli jednak kibice „czarnych koszul”, którzy, co trzeba podkreślić, świetnie się znają na piłce, nie chcieli już patrzeć na grę ulubieńców.
 
O naszej drużynie wyrażano się dobrze. Miejscowi „spece” przebąkiwali, że wprawdzie w Warszawie udało się Polonistom wykpić tylko 4 bramkami, to jednak w Opolu będzie najmniej tuzin. Tak w dużym skrócie wyglądałaby jedna strona dramatycznego warszawskiego spotkania. Oczywiście wygraliśmy zasłużenie będąc pod każdym względem lepsi od przeciwnika.
 
Ale ostateczny rezultat i 4 strzelone przeciwnikowi bramki, nie powinny zamknąć oczu na kilka wyraźnych potknięć. Przede wszystkim na słabą grę Strociaka i Popluca. Tak jest, tego samego Popluca, który wprawdzie strzelił 2 ładne bramki, ale poza tym, delikatnie mówiąc, nie zachwycił. Strociak w pierwszej połowie nie waham się wcale przed użyciem tego określenia, zagrał gorzej niż źle. Po przerwie grał już lepiej, ale był daleki od ideału.
 
Wielkie słowa pochwały należą się natomiast Brejzie. Chłopak ten grał wczoraj za dwóch. Dźwigał na swoich barkach cały ciężar gry defensywnej i interweniował dosłownie w tak zwanych przypadkach beznadziejnych, z pełnym skutkiem. Blaut tym razem wypadł nieco słabiej, szczególnie w rozbijaniu akcji przeciwnika.
 
Polonia rozczarowała widownię. Duże pretensje i chyba słuszne kierowano do piątki napastników. Grali zbyt wolno z wyjątkiem może Zelenaya, uparcie prowadząc koronkowe akcje. Warszawiacy świetnie natomiast główkowali. Pod tym względem nasi zawodnicy wyraźnie im ustępowali.
 
Warszawskie spotkanie nie przejdzie do historii, jako wybitne. Było ciekawe, o dużym ładunku emocji i momentów dramatycznych, jednak przeciętne, jeśli chodzi o poziom.
 
Na stadionie przy ul. Konwiktorskiej grano miejscami za ostro. Lekkie kontuzje odnieśli Jarek i Klik oraz Wspaniały i Liszka.
Tabela ligowa Grupy-Północ po 6. kolejce (II liga, 1959)

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online