Henryk Majer był jednym z największych talentów piłkarskich "Odry" Opole Była wczesna wiosna roku 1989. Klubowy autokar opolskiej „Odry” wyjeżdżał w daleką drogę do Francji – przez NRD, RFN i Luksemburg – aby do Dechy, niemal jak zawsze o tej porze, dostarczyć ekipę piłkarskich juniorów na tradycyjny turniej wielkanocny. W gronie młodych, pełnych temperamentu ludzi, spokojem i opanowaniem zwracał na siebie uwagę młodzieniec, który ożywił się dopiero na widok… szachownicy. Dłuższa chwilę przyglądał się grze starszych, a następnie sam poogrywał wszystkich, którzy mieli ochotę się z nim zmierzyć. – Jak nazywa się ten chłopiec? – zapytałem kierowcę autokaru, Edwarda Pandzę, który od niepamiętnych czasów może powiedzieć prawie wszystko o swoich pasażerach. Usłyszałem: Henryk Majer.

Francuska wyprawa dla tego zaledwie 17-letniego piłkarza była bodaj pierwszą w życiu zagraniczną podróżą, podejmowaną na dodatek niemal na starcie kariery w renomowanym wtedy klubie. A jednak nie tylko to miało wpływ na jego widoczną nieśmiałość, gdyż – zwyczajnie – ma on już taką naturę, że nie wyróżnia się hałaśliwością, a gdy już coś powie, może to niejednemu pójść w przysłowiowe pięty. Owa szczerość często jednak, jak się wydaje, przeszkadzała mu w życiu.

Kiedy miał 15 lat i grał w A-klasowym LZS Kujawy, dostrzegł go tam trener Olgierd Łotarewicz i ściągnął do drużyny juniorów prudnickiej „Pogoni”, która występowała w lidze międzywojewódzkiej. Zespół ten wówczas wsławił się urwaniem punktu we Wrocławiu rówieśnikom z mistrzowskiego „Śląska”, co jednak nie uchroniło go przed spadkiem do niższej klasy. I wtedy Jan Śliwak i Andrzej Mazurek – uprzedzając działaczy z Brzegu i Kluczborka – namówili Henryka Majera do gry w opolskiej „Odrze”. Było to w październiku 1979 roku. Od tego czasu kopał piłkę w meczach juniorów przez półtora roku, zdarzały się mu jednak także i spotkania w pierwszej drużynie seniorów „Odry”, ale tylko dwa w pełnym wymiarze czasu. Mało? Być może, ale trzeba pamiętać, że na przeszkodzie stanęły również gry w reprezentacji Polski, oczywiście juniorów. I tu miał dużo więcej szczęścia, ale czy odwołanie się do uśmiechu losu jest właściwie, skoro ówcześni najwybitniejsi nawet krajowi znawcy przedmiotu nie szczędzili pochwał, rokując mu świetlana przyszłość? Nie uprzedzajmy jednak faktów…

W reprezentacji Polski juniorów zadebiutował Henryk Majer 29 marca 1981 roku zwycięskim meczem eliminacji mistrzostw Europy z NRD w Radomiu (2:0). To, proszę w jakim towarzystwie dane mu było zagrać: w bramce – Józef Wandzik; w obronie – Kubicki, Sokołowski, Zaimek, Wdowczyk; w pomocy – Majewski, Straszewski, Grzanka; w ataku – Dobrowolski, Dziekanowski i Wraga, a po przerwie Łatka. A gdzie Majer? Zmienił po przerwie Wdowczyka. Później był też z jego udziałem zwycięski rewanż w Anklam (2:1), a następnie finały I mistrzostw Europy.

Odbyły się one na stadionach RFN i przyniosły wielki sukces naszym juniorom, którzy zaczęli od remisu ze Szwecją (1:1), wygrywając potem z Rumunią (3:1), Czechosłowacją (3:1) i Hiszpanią (0:0, 6:5 rzuty karne), a dopiero w decydującym o złotym medalu pojedynku ulegli 0:1 druzynie gospodarzy. Majer grał w tym wielkim finale, tyle że w pomocy, a nie jak zwykle w obronie.

Jeszcze młody piłkarz z Opola nie ochłonął z radości, gdy przyszła nominacja zaszczytniejsza – miejsce w kadrze na III Mistrzostwa Świata w Australii piłkarzy do lat 20. Ech, jakże obiecująca była to ekipa: bramkarze – Wandzik (Ruch), i Zajda (Zagłębie Wałbrzych); obrońcy – Geszlecht (Zagłębie Sosnowiec), Boguszewski (Motor Lublin), Wdowczyk (Gwardia Warszawa), Matysik (Górnik Zabrze) i Majer („Odra”); pomocny – Pękala (Śląsk), Kaczmarek (Stoczniowiec Gdańsk), Urban (Zagłębie Sosnowiec), Świątek (Wisła Płock), Rzepka (Bałtyk), Grzanka (Motor); napastnicy Dziekanowski (Gwardia Warszawa), Kowalik (Wisła Kraków), Łatka (Stal Mielec) i Koźlik (Górnik Zabrze). A przecież i tym gwiazdom – uczestnikom późniejszych seniorskich mundiali i reprezentantom kraju – nie udał się ten start… Polacy przegrali bowiem z… Katarem 0:1, Urugwajem 0:1 i niewiele pomogło im zwycięstwo 4:0 nad USA. Majer był jednak jednym z nielicznych, którzy nie zawiedli, ba – był nawet chwalony. W każdym razie Paweł Smaczny napisał wtedy w „Piłce Nożnej” tak: „Dziekanowski, Wdowczyk, Łatka, Kubicki, Sokołowski, Grzanka, Nazimek, Straszewski i Majer – to nazwiska chłopców Apostela, bez których nie istniałyby drużyny ekstraklasy i II ligi”.

 
Henryk Majer ("Odra" Opole)

Dziś widać, że byłyby to opinie w pełni słuszne, gdyby nie obecność na tej liście dwóch ostatnich futbolistów, a wśród nich właśnie – niestety – Henryka Majera. Dlaczego tak pięknie rozpoczęta kariera tego – wciąż przecież młodego, bo zaledwie 23-letniego piłkarza nie realizuje się tak jak Dziekanowskiego, Urbana, Matysika czy Tarasiewicza, przynajmniej w I-ligowym zespole? Nie starczyło talentu, wytrwałości, a może szczęścia?

Henryka Majer: Tak się nieszczęśliwie złożyło, że niemal od początku mojego pobytu „Odrę” trapił i trapi kryzys. Chcąc mu zaradzić, sprzedano wielu dobrych zawodników i nie miałem za bardzo od kogo uczyć się porządnego futbolu. Pomimo korzystnych propozycji z „Gwardii” Warszawa czy „Zagłębia” Sosnowiec po powrocie z Australii nie opuściłem jednak „Odry”. Dlaczego? No, cóż – nie chciałem za daleko odbijać się od rodzinnych stron, a i czasy wędrówek nie były wtedy najlepsze. Również trener Broniszewski obiecywał mi – wprawdzie bez konkretów – pomoc w przejściu do I-ligowego klubu, ja jednak wciąż liczyłem na odrodzenie się „Odry”. Dziś myślę, że była to ostatnia dobra okazja do zmiany klimatu, ale czy żałuję, że jej nie wykorzystałem?

- Kiedy nadszedł mój czas - i ja poszedłem do wojska. Byłem we wrocławskim „Śląsku”. Traktowano mnie tam jednak jak żołnierza, a nie zawodnika. Nie dostałem szansy na grę w I lidze. Dlaczego? Może i dlatego, że w tym klubie często wówczas zmieniali się trenerzy, a każdy z nich miał inną koncepcję personalną zespołu. Głównie jednak dlatego – jak uważam – iż nie powiedziałem szczerze i zdecydowanie, że po odbyciu służby wojskowej nie mam zamiaru zostać w „Śląsku”. W tej sytuacji, myślę, nikt w tym klubie nie widział potrzebowania we mnie.

- Po roku wojska wróciłem do „Odry” i zdążyłem jeszcze zagrać w czterech meczach II ligi. Kiedy do niej znów wróciliśmy przed rokiem, mieliśmy zupełnie niezłą pierwszą rundę, ale w rewanżach było już dużo gorzej. Moim zdaniem byliśmy przetrenowani, za dużo czasu spędzaliśmy w klubie. Łatwo jednak było zwalić winę na trenera, a przecież to nie całkowita prawda.

- Czy żałuję tego, że kiedyś nie wykorzystałem swojej szansy? Mając rodzinę z dwojgiem dzieci – trudniej zmienić swoje życie i środowisko. Nie bardzo mi się teraz widzi tułaczka po hotelach i szukanie niepewnego szczęścia. Zresztą pieniądze nie są najważniejsze w życiu. Istnieją prawdziwe wartości – np. rodzina.

Już w pierwszej minucie ostatniego III ligowego meczu „Odry” z BKS „Stal” Bielsko Biała Henryk Majer strzelił tak mocno z przeszło 30 metrów, że bramkarz gości przepuścił piłkę do bramki. Stało się to dokładnie w 170 występie byłego reprezentacyjnego juniora w barwach opolskiego klubu.


Źródło: Juliusz Stecki, Prosto w oczy, 1986.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online