Zbigniew Gut - wspomnienia z Igrzysk Olimpijskich i mistrzostw świata

"Kiedy jechałem na Olimpiadę do Monachium nie miałem jeszcze za sobą żadnego występu w reprezentacji. Grałem tylko w spotkaniach sparingowych z klubami. Pamiętam, że pierwszy taki mecz rozegrałem 23 lipca 1972 w Łodzi. Przeciwnikiem kadry olimpijskiej był Penarol Montevideo. Ja wszedłem na drugą połowę za Antka Szymanowskiego i zagrałem chyba nieźle, skoro do szatni przyszedł ówczesny wiceprezes PZPN – Witold Dłużniak, poklepał mnie po ramieniu i powiedział: - No, Zbyszek chyba dostałeś się do kadry. Myślę sobie – dobrze jest, skoro prezes tak mówi. I stało się. Grałem jeszcze w innych meczach kontrolnych, w efekcie, których znalazłem się wśród dziewiętnastu olimpijczyków – piłkarzy.

Pierwszy raz oficjalnie zagrałem w drużynie przeciwko NRD. Debiut w reprezentacji i od razu na Olimpiadzie to jednak coś o czym się nie zapomina. Tym bardziej, że wygraliśmy, a mnie grało się dobrze w pomocy. Wprawdzie w Odrze byłem prawym obrońcą ale to nie miało znaczenia. Mogłem grać na każdej pozycji, a trener Górski i Jacek Gmoch nie wahali się mnie wpuścić do drugiej linii. Przeciwnicy nie wiedzieli, co się dzieje. Takiego zawodnika wcześniej nie znali. A ja miałem dużo siły, dobrze się czułem, toteż biegałem po całym boisku, a oni za mną. Kilku "padło" a ja mógłbym zagrać od razu drugi mecz

Następne spotkanie -  z Danią, też grałem w pomocy. Potem był już Związek Radziecki. Wystąpiłem tym razem jako prawoskrzydłowy, czego przeciwnicy też się nie spodziewali. Prawdę mówiąc nie wyszedł mi ten mecz i trener wstawił na moje miejsce Szołtysika. No i Zyga strzelił bramkę, a my byliśmy jedną nogą w finale! Szczerze mówiąc nie wiem, czy bym w nim zagrał, gdyby nie kontuzja Antka Szymanowskiego w meczu z Marokiem. Przeciwko Węgrom grałem na swojej normalnej pozycji – na prawej obronie. To był mój czwarty mecz w reprezentacji, zakończony zdobyciem złotego medalu olimpijskiego. To się nazywa szczęście!

Pytano mnie czasami co bardziej cenię, co mi lepiej utkwiło w pamięci – Olimpiada czy mistrzostwa świata. Nie mam wątpliwości. Na mistrzostwach był wyższy poziom sportowy, ale na igrzyskach lepsza atmosfera. Na mistrzostwach trzeba było jeździć na mecze i wracać do Murrhardt, gdzie było przyjemnie, ale mieszkaliśmy tylko we własnym gronie. Na Olimpiadzie inaczej. Nie zapomnę wioski olimpijskiej. Takiej kolorowej, będącej jak gdyby małym miastem najlepszych sportowców świata, wśród których byłem i ja.

Stworzyliśmy taką atmosferę, że nie chciało się wyjeżdżać. Trochę się bałem jak mnie przyjmą koledzy. Ostatecznie byłem w ich gronie nowym człowiekiem. Wszystko poszło jednak dobrze. Liderem zespołu został wcześniej Włodek Lubański, którego nie można było nie lubić i nie cenić. Jego wspominam najmilej. Jacek Gmoch też chyba miał do mnie słabość. W ogóle mieliśmy fajnie. Po Olimpiadzie także. Drużyna się zmieniała ale wciąż pięła się w górę. Nie zawsze grałem, bo byli ode mni lepsi. A jednak na mistrzostwa świata pojechałem. Moja reprezentacyjna kariera zaczęła się na Olimpiadzie, a skończyła na mistrzostwach świata. Grałem tylko kilkanaście minut z Haiti i całe spotkanie ze Szwecją."

źródło: "Piłka Nożna" z  26.07.76

Archiwalne zdjęcia

Facebook

Polecamy

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online