Wojciech Tyc o czasach gry w Odrze Wojciech Tyc jest jedną z najbardziej nieszablonowych postaci związanych z „Odrą” Opole (w latach 1971-1982 reprezentował jej barwy – red.). Świetny na boisku, kontrowersyjny poza nim. Nigdy nie bał się mówić tego co myśli, co nie zawsze wychodziło mu na dobre. Opiekun ówczesnej „Odry” Antoni Piechniczek naszego bohatera cenił za umiejętności piłkarskie, jednakże z niechęcią podchodził do „konfliktowego” poza boiskiem zawodnika.

Być może wspomniana bezkompromisowość w stosunku do przełożonych przeszkodziła najlepszemu strzelcowi ligi (wraz z Januszem Kupcewiczem w 1976 r.) w zaliczeniu większej ilości reprezentacyjnych występów (zagrał tylko w jednym, w 1977 r. – red.). Warto w tym miejscu przypomnieć wywiad udzielony przez Wojciecha Tyca Andrzejowi Szatanowi („NTO”, nr 301 z 24-27 XII 1998), który wiązał się z 20. rocznicą victorii niebiesko-czerwonych” na krajowych boiskach. Jedna z ikon opolskiej „Odry” lat 70-tych XX w. – w swoim stylu – przedstawia m. in. własną opinię na temat niewiarygodnej „jesieni” ’78 oraz przyczyny, które uniemożliwiły zdobycie przez opolan mistrzostwa kraju.

Zapraszamy do lektury. 

- Dokładnie dwadzieścia lat temu, na zakończenie pierwszej części sezonu, Odra znajdowała się na czele pierwszoligowej tabeli. To prawda czy bajka?

- Dziś rzeczywiście brzmi to jak bajka, ale starsi kibice doskonale pamiętają, iż taka rzecz miała miejsce. W ostatnim meczu wygraliśmy u siebie z Ruchem Chorzów trzy do jednego. Odra cały kalendarzowy rok siedemdziesiąty ósmy miała bardzo dobry. Wówczas rzeczywiście chyba stanowiła najlepszą drużynę w Polsce. Mistrzostwo jesieni stanowiło ukoronowanie tego roku. Jestem przekonany, iż gdyby obowiązywał system wiosna-jesień, zdobylibyśmy „majstra”.

- Odra była tak dobra czy przeciwnicy słabsi?

- W Opolu mieliśmy bardzo dobrą drużynę, ale gdyby w klubie byli dobrzy, czy też bardzo dobrzy zawodnicy, wówczas okres sukcesów nie zamknąłby się jedną jesienią. Miała natomiast Odra niewątpliwie dobre wyniki, bo stanowiła naprawdę kolektyw.

- Czy tylko to wpłynęło na tamten sukces?

- Nic nie przychodzi samo. Wynik jest splotem wielu, bardzo wielu okoliczności. Wówczas niewątpliwie duże znaczenie miały warunki materialne. Odra była wizytówką województwa. Na telefon z komitetu partyjnego znajdowały się pieniądze na piłkę. Była wówczas taka polityka potrzebna, aby w Opolu istniała dobra drużyna. Dlatego trener Piechniczek miał nieograniczone pole manewru. Mógł ściągać do Opola kogo chciał i proponować mu co tylko chciał – mieszkanie, premie, talony na samochody, które wówczas były trudne do zdobycia.

- Ile w tamtym wyniku było zasługi Piechniczka, a ile samych piłkarzy?

- Zasługa była obopólna. Gloryfikujemy Piechniczka, ale nie zapominajmy, że był w Odrze drugi trener, Józef Zwierzyna, który miał także znaczący wkład w wyniki zespołu. Kto wie, czy nie większy od Piechniczka. Piechniczek to był afisz, a całą robotę wykonywał Zwierzyna. To on pracował indywidualnie z Młynarczykiem, rozmawiał z nami, bo wiedział, iż formę zawodnika buduje się nie tylko na boisku, ale także w szatni, w autobusie, w hotelu. W tym pan Józek był mistrzem. Piechniczek tylko egzekwował. Co, zburzyłem pewien mit?

- O waszych pozasportowych wyczynach było głośno. Jeden z dziennikarzy sportowych zwykł mawiać, iż graliście w piłkę w przerwach między piciem…

- To jest… absolutna prawda. Ekipa była silna. Nie kryję, iż też do tej grupy należałem. Po każdym meczu szliśmy do restauracji, na dancing, bo dyskoteki wówczas jeszcze nie funkcjonowały. Cechą młodych ludzi było, i jest do dziś, iż lubią się zabawić. Nie wylewaliśmy za kołnierz. Jedni woleli piwo, inni mocniejsze trunki.

- W dużych ilościach?

- Skoro mieliśmy wyniki to znaczy, iż nie przesadzaliśmy. Obowiązywała zasada – trzeba wiedzieć, kiedy pić, z kim pić i ile, choć przyznam, iż nie wszyscy stosowali ją w życiu. Byli tacy, którzy nie znali umiaru i w dniu meczu musieli na kaca wypić wiadro wody. Ja też balowałem, ale wiedziałem, iż od poniedziałku do kolejnej soboty nic nie mogę łyknąć.

- Piechniczek znany był z tego, iż często chodził po lokalach i tropił „grzeszników”…

- To prawda i dziesiątki razy nas nakrył, ale wówczas wychodziła jego niekonsekwencja. Jeśli trafił na szaraczka, zawodnika z rezerwowego zespołu, czy wchodzącego na ogony, to taki dostawał po głowie. Ale tuzom, reprezentantom kraju, zawodnikom decydującym o obliczu drużyny często wybryki uchodziły płazem, choć niektórzy odchodzili od stołu nawet i w dniu meczu. I wtedy Piechniczek poił ich kawą, żeby kac szybciej im minął.

- Kto mógł najwięcej?

- Była taka grupa, która jeśli zaczynała pić w sobotę po meczu to kończyła w środę. Nie znali umiaru. Proszę sobie przypomnieć, iż w pierwszych meczach tego udanego sezonu graliśmy drętwo, nijako. W szatni dochodziło między nami a Piechniczkiem do spięć. Cała drużyna była skłócona z trenerem, a ja w szczególności. Po pechowo przegranym meczu w Katowicach rzuciliśmy się w szatni do gardeł. Jestem przekonany, iż gdyby trener miał drugiego takiego napastnika jak ja, to następnego dnia byłbym zawieszony w prawach zawodnika. Piechniczek miał zwyczaj zrzucania winy za niepowodzenia na wąską grupę osób, na jednego lub dwóch ludzi. Nie lubił tych, którzy nie kłaniali mu się w pas, nie przytakiwali. Część zawodników gotowa więc była mu nawet stopy lizać, aby dostąpić jego łask.

- Z naszej rozmowy wynika, iż z trenerem Piechniczkiem chyba nie przepadaliście za sobą?

- Żarliśmy się, ale wynikało to tylko z tego, iż trener autokratycznie narzucał swój punkt widzenia. Nie lubił ludzi niezależnie myślących, którzy mieli swoje zdanie, a nie daj Bóg inne od niego.

- Czy to prawda, iż jeden z czołowych pomocników kraju zwykł mawiać, że on na kacu jest lepszy od połowy trzeźwej drużyny?

- Prawda. Ale ja tego nie pochwalałem, bo to tak, jakby powiedzieć, że ktoś po pijaku lepiej prowadzi samochód. Pewnie, że są tacy, którzy tak robią, ale za to traci się prawo jazdy.

- Dzisiejsi piłkarze mają słabsze głowy od was?

- Chyba tak, a poza tym być może zapominają o tym, iż można pić przed pracą, po pracy, a nawet w pracy, lecz nigdy zamiast pracy.

- Wróćmy do tamtej jesieni. Wciąż wspominamy wasz zwycięski mecz z Legią w Warszawie…

- Rzeczywiście, okoliczności naszej wygranej i jej rozmiary były nietypowe. Naszpikowana reprezentantami kraju Legia prowadziła do przerwy dwa do zera, a potem trzy do jednego, by przegrać trzy do pięciu. Mało kto zwrócił wówczas uwagę na fakt, iż kreowany przez Piechniczka na lidera zespołu Zbyszek Kwaśniewski nie grał wówczas, a zastąpił go Jurek Tkaczyk, który kapitalnie wywiązał się z roli reżysera. Kto wie, czy pan trener nie przyłożył ręki do tego, iż zmarnował jego nieprzeciętny talent, nie dając mu szansy na udowodnienie, kto jest lepszy – on czy „Kwaśny”.

- Szczęśliwa zmiana, ale szczęście podobno sprzyja lepszym…

- W kilku spotkaniach naprawdę nam ono dopisało. Na przykład w meczu z Pogonią w Szczecinie zdobyłem zwycięskiego gola w dziewięćdziesiątej minucie, gdy sędzia wkładał już gwizdek do ust. Jak grałem w piłkę dwadzieścia pięć lat zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Pamiętam, iż z radości obiegłem całe boisko, przed trybuną honorową padłem ze zmęczenia na murawę i wówczas arbiter odgwizdał koniec. Albo taki mecz z Arką w Gdyni. W osiemdziesiątej minucie Adamiec przewrócił w polu karnym Korynta, a sędzia tylko na to czekał. „Młynek” wyczuł zamiary Kupcewicza i obronił. W kilka minut później nagrałem Wieśkowi Korkowi piłkę na głowę i było po herbacie. Na stadionie zapanowała konsternacja. Jestem przekonany, iż gdyby Arka wykorzystała karnego, to nawet nie zremisowalibyśmy tego meczu, bo psychicznie zespół nie był zbyt mocny. Nie potrafiliśmy odrabiać strat. Wyjątek stanowił wspomniany już mecz z Legią.

- No właśnie, miało być o tym legendarnym już dziś spotkaniu…

- To zwycięstwo zawdzięczmy Alfrdowi Bolckowi, który strzelił aż trzy z pięciu bramek. Trochę pomogła nam Legia. Wygrywając dwa do zera, a potem trzy do jednego zaczęła się bawić piłką. Gdy doprowadziliśmy do remisu po trzy, uwierzyliśmy, iż możliwy jest korzystny wynik. Ograłem Topolskiego i zacentrowałem do Korka, który głową umieścił piłkę w siatce. Widziałem, jak Topolskiemu zaczęły się trząść ręce, zbladł jak ściana, a gdy ja strzeliłem piątego gola piłkarze Legii doznali paraliżu. Kto wie, czy gdyby Legia rzuciła się do ataku, to nie odrobiłaby strat. Ale oni byli jak zamroczeni.

- O co po tym meczu najczęściej pytali was dziennikarze?

- O to, skąd taka metamorfoza, w jaki sposób Piechniczek zmobilizował nas w przerwie do lepszej gry. Odpowiadaliśmy z powagą, ale nie do końca szczerze. A jak wyglądała prawda? Druga połowa była transmitowana przez telewizję. Siedzimy w szatni, ze spuszczonymi głowami, a trener do nas mniej więcej w te słowa – panowie, teraz cała Polska będzie na nas patrzyła, nie dopuśćmy do kompromitacji, trzeba za wszelką cenę spróbować utrzymać wynik, nie dać sobie dowalić jeszcze kilku sztuk.

- Czy po tak udanej jesieni mówiło się w klubie o walce o mistrzostwo kraju?

- Może ktoś i myślał, ale pod względem organizacyjnym nie poczyniono żadnych kroków w tym kierunku. To nie był profesjonalny klub, nie tacy działacze. Bardziej do tego wszystkiego pasuje określenie chałupnictwo. A ja twierdzę, iż byliśmy w stanie powalczyć o tytuł najlepszej drużyny Polski. Ale co wówczas zrobiono? Rozpuszczono nas jak rozpuszcza się stado baranów, zamiast zorganizować jakiś wspólny pobyt, leczenie i rehabilitację. A chłopaki gdy poczuli wolność, to chcieli z niej maksymalnie skorzystać. I korzystali.

- Wiosna nie była już taka dobra w waszym wykonaniu. Dlaczego?

- Piechniczek doszedł do wniosku, że jeśli przy dotychczasowym systemie treningów graliśmy tak dobrze, to gdy da nam w kość i postawi na przygotowanie siłowe, będziemy jeszcze lepsi. A to okazało się nieprawdą. Na wiosnę wyszła więc na boisko wołowata Odra, zupełnie zatraciliśmy polot i szybkość, biegaliśmy cały mecz w jednym tempie. Poza tym, niektórzy uwierzyli w swoją wielkość, w to, ze alkohol wcale nie przeszkadza w grze i po każdym meczu urządzali dwu lub trzydniowe balangi, a już szczytem wszystkiego był udział całej drużyny w weselu jednego z zawodników. Państwo młodzi urządzili je, zgodnie ze śląską tradycją, we wtorek, a w sobotę graliśmy ważny mecz. Jak zawodnicy zassali we wtorek, tak skończyli w dniu spotkania i zaczęli się cucić. Widać trenerowi nie przeszkadzało, że zawodnicy pili. Najważniejsze były wyniki, a Odra w tym czasie je miała. Jestem przekonany, iż gdyby finał tamtej jesieni nie był tak pomyślny, połowa drużyny zostałaby zawieszona za pijaństwo. Ale myśmy pili i wygrywali. Jedni robili to cichaczem, w klubowym hoteliku, inni w superlokalach, na oczach dziennikarzy, a niekiedy nawet z nimi. Jeśliby wówczas wykonano uzdrawiające cesarskie cięcie, może na mistrzostwie jesieni by się nie skończyło.

- Cięcie jednak nastąpiło…

- Ale dopiero wówczas, gdy dziecko już zmarło, a to o wiele za późno. Przed meczem z Polonią Bytom przyszedł prezes, przyniesiony wcześniej w teczce z komitetu partii i powiedział, że jeśli przegramy to polecą głowy. Przegraliśmy jeden do dwóch. Publiczność zaczęła palić klubowe flagi, targać bilety, demonstrować swoje niezadowolenie przed pawilonem. Strach było wyjść z klubu. Wiedziałem, iż nazajutrz zacznie się szukanie kwadratowych jaj. Następnego dnia zamówiłem taksówkę, by pojechać na stadion i kierowca mi powiedział, iż na wniosek trenera zostało zawieszonych kilku piłkarzy, w tym także ja. Aby wydźwięk sprawy był większy, polecieć musiały głowy czołowych zawodników, tych ze świecznika. I wówczas poczułem się dowartościowany jak nigdy wcześniej ani później, choć grałem w Odrze dziewięć lat.

- Co dziś robią chłopcy z tamtych lat?

- Porozjeżdżali się po całym świecie. Z tamtej drużyny w Polsce, tu w Opolu jest Wiesław Korek i ja oraz Jurek Tkaczyk, który jednak bardzo daleko odszedł od piłki. Reszta poszła w świat za żebraczym chlebem, klepie biedę na obczyźnie i płacze, że nie może wrócić do kraju. A jestem pewien, iż większość z nich, gdyby mogła, wróciłaby na kolanach.

- Czy to znaczy, iż z tamtej grupy najlepiej urządził się Wojciech Tyc?

- Mam gdzie mieszkać, mam co jeść, ale fortuny na piłce nie zbiłem, bo wówczas nie dało się tego zrobić. Owszem, zarabialiśmy niezłe pieniądze jak na tamte czasy, ale mieszkaliśmy w takich samych warunkach jak inni, jeździliśmy takimi samymi samochodami jak przeciętni obywatele. A bywało, że niektórzy, wyjeżdżając za granicę, aby dorobić trochę grosza, pożyczali pieniądze na bilet. Owszem, przeżyliśmy piękny okres, ale niewiele nam to dało na przyszłość.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online