Zbigniew Gut (1972)Mamy przyjemność zamieścić obszerny wywiad udzielony w 1974 r. przez Zbigniewa Guta („Trybuna Opolska”, nr 196 z 18 VII 1974), po świetnych – w wykonaniu Polski - Mistrzostwach Świata w piłce nożnej.

Przypominamy niejako z kronikarskiego obowiązku, iż nasz bohater miał możność zaprezentować swoje nieprzeciętne możliwości „sprinterskie” w dwóch mistrzowskich spotkaniach (z Haiti i ze Szwecją – red.).

Po wielu zabiegach, w których czynnie uczestniczyli także działacze Odry, udało się nam wreszcie złapać na parę chwil rozmowy znanego piłkarza nadodrzańskiej jedenastki Zbigniewa Guta. Po powrocie z Piłkarskich Mistrzostw Świata jest on nadal w rozjazdach i z trudem znajduje wolne chwile na trening. A trenować trzeba, bo końcówka ligi tuż, tuż, a wraz z nią trzy decydujące o dalszych losach Odry mecze. Zbigniew Gut jest dobrej myśli i twierdzi, że batalia o utrzymanie powinna zakończyć się dla opolan pomyślnie.

W naszej rozmowie głównie indagowaliśmy Z. Guta o wrażeniach z Futbolowych MŚ, z miejsca stałego zakwaterowania itd. Zresztą nie uprzedzajmy faktów…

- Wiele czytało się w periodykach sportowych a i w gazetach codziennych o hotelu „Sonne Post” w Murrhardt, który udzielił polskiej ekipie swych gościnnych progów. Wymieniano często także nazwisko właściciela tego obiektu, żywo interesującego się przebiegiem Piłkarskich MŚ i mocno sympatyzującego z Polakami.

- Murrhardt leży blisko Stuttgartu, niecałe 40 kilometrów od tego miasta. Tam właśnie mieszkaliśmy, a konkretnie w słynnym już dzisiaj dzięki nam chyba też trochę, hotelu „Sonne Post”, którego właścicielem jest J. Bortinger. Samo Murrhardt jest niedużym miasteczkiem i liczy niewiele ponad 14 tysięcy mieszkańców.

Hotel „Sonne Post” położony jest w samym centrum miasta. Pan J. Bortinger? Myślę, że zasługuje w pełni na określenie „fajny, wspaniały facet”. Przed każdym meczem, kiedy tylko opuszczaliśmy nasze kwatery, niezwykle serdecznie żegnał nas wraz z całą swoją rodziną i życzył każdorazowo, abyśmy wrócili cali i zdrowi, bogatsi o cenne punkty i bramki. Ta sama ceremonia towarzyszyła naszemu powrotowi z tym, że okraszona była gratulacjami z racji zwycięstwa, poparta zaproszeniem na okolicznościowy bankiet.

Bankiet. Brzmi to może trochę oficjalnie i sugeruje, że stoły zastawione były flaszkami z tak zwanymi „mocnymi” płynami. Oczywiście nie. Były i flaszki i puszki, ale z „Coca-Colą”, najrozmaitszymi sokami, wodą mineralną itd.

- Czyli krótko mówiąc bankiet owocowy, poparty daniami mięsnymi.

- Oczywiście.

- Jeśli można następne pytanie z gastronomii. Co głównie składało się na wasze całodzienne menu, zwłaszcza, iż musiało być kaloryczne i w miarę lekkostrawne.

- Śniadanie składało się głównie z jajek na szynce, dżemu, herbaty, kawy czy soków, oczywiście chleba i masła. Obiad był nieco mocniejszy, a więc często gęsto polski smakowity schaboszczak, tatar, obowiązkowo jakaś zupa. Na deser lody ze śmietaną, czekolada. Kolacja nieco przypominała obiad, z tym, iż porcje były bardziej „skąpe”. I ten posiłek był oczywiście kaloryczny.

- Mieliście wiele ciężkich meczów. Męczyły one oczywiście nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Czy plan dnia przewidywał tylko relaks i sen w łóżku?

- Po każdym meczu, kąpieli i odświeżeniu schodziliśmy do gabinetu odnowy. Tam była sauna i basen. Obowiązkowo masaż. Te zabiegi sprawiały, iż na drugi dzień byliśmy znowu świeży, wypoczęci a siły nasze w poważnym stopniu zregenerowane.

- Teraz trochę o taktyce. W jaki sposób taki plan ustalono? Posłużmy się przykładem. A więc jutro macie mecz ze Szwecją. Co w związku z tym przekazują wam trenerzy K. Górski i szef „banku informacji” J. Gmoch?

- Przed każdym meczem wyświetlano nam z magnetowidu film pokazujący w akcji naszych przeciwników. Przy okazji trener Jacek Gmoch zwracał uwagę na popełniane przez przeciwników błędy, określał nader szczegółowo zalety i wady poszczególnych obrońców, aby w praktyce napastnicy wiedzieli w którą stronę zwodzić defensorów, aby jak najrzadziej tracić w pojedynkach z nimi piłkę.

- Był pan w meczu ze Szwecją prawym obrońcą i w związku z tym toczył częste pojedynki głównie z lewoskrzydłowymi. Jak brzmiały zalecenia?

- Moje zadanie polegało na ograniczeniu jego ruchów do minimum. Wiadomo było, iż mój rywal dysponuje dużą szybkością. Cała sztuka polegała na tym, abym wykorzystując moją szybkość nie dopuścił do opanowania przez niego piłki i uniemożliwiał w ten sposób skuteczne akcje na naszą bramkę. Oczywiście przy każdej nadarzającej się okazji miałem kontratakować i posyłać jak najwięcej centr w stronę bramki Hoellstroema.

- Czy zdarzały się takie wypadki, iż na przykład według trenera K. Górskiego przeciwnik „x” zagra „na pewno” systemem „y”. Wybiegacie na boisko, zaczyna się spotkanie, a przeciwnik jak na złość stosuje inny wariant. Co wtedy?

- Na każdy mecz, na każdego przeciwnika były przygotowywane co najmniej dwa warianty. Jeśli rywale odstępowali od ulubionego, wtedy trener K. Górski już po pierwszych minutach informował o tym grających najbliżej bocznej linii boiska zawodników (głównie skrzydłowego lub obrońcę), a ci w try miga przekazywali to dalej.

- Chciałbym nieco się cofnąć. Mówiąc jaśniej chciałem zapytać, bo to bardzo interesuje wszystkich sympatyków futbolu, jak się to stało, że grając w meczach kontrolnych wręcz słabo, potrafiliście w ciągu dosłownie dwu tygodni przejść tak olbrzymią (na korzyść oczywiście) metamorfozę?

- Wydaje mi się, iż każda drużyna przygotowująca się do tego typu turnieju, po wielu ciężkich i wyczerpujących treningach, dosłownie harówie, potrzebuje nieco czasu, aby dojść do właściwej formy i ujawnić wszystkie swoje możliwości. Tak było i z nami. Formę i to jej szczyt, złapaliśmy właśnie na Piłkarskie MŚ. Cóż, chyba tylko pogratulować naszym trenerom.

- Graliście na boiskach RFN wspaniale, nie faulując, ale też nie unikając ostrych starć z rywalami. Psychicznie byliście też znakomicie przygotowani. Jak się to robi?

- W Zakopanem trenowaliśmy wiele indywidualnie. Te ćwiczenia prowadził m.in. trener J. Gmoch. A więc prawidłowe wślizgi, starcia bark w bark, wyskoki do górnych piłek.

- Obserwowaliśmy wszystkie mecze. Z. Gut wystąpił w dwu spotkaniach. Dwa słowa o tym? Była trema?

- Zabrzmi to trochę dziwnie, bo w końcu mam trochę obycia na boiskach zagranicznych, ale w momencie kiedy dowiedziałem się, że będę grał ze Szwecją przeszły mnie ciarki. Nie spałem niemal całą noc, myślałem tylko o tym, aby nie zawieść pokładanych we mnie nadziei. Byliśmy po trzech wygranych meczach. Niech przegramy, to powiedzą, że wszystko przeze mnie. Byłem strasznie stremowany i zdenerwowany.

- A teraz z innej beczki. Chcieliśmy zapytać o mecz o którym wciąż się dyskutuje. Chodzi o nasze spotkanie z RFN. Odbyło się ono w niecodziennej aurze, przy padającym deszczu i na boisku pokrytym już nie kałużami wody, ale dosłownie kilkucentymetrową warstwą H²O. Czy mieliśmy szanse na uzyskanie korzystnego rezultatu, jeśliby to spotkanie nie toczyło się w tak anormalnych warunkach?

- Na normalnym, suchym boisku w moim przekonaniu nasze szanse niewspółmiernie rosły. Lubimy grać szybko. Tymczasem właśnie w tym meczu nie mogliśmy wykorzystać w pełni tego atutu. Piłka bowiem nie tylko dostawała niespodziewanych przyspieszeń i kiksów, ale też dosłownie tonęła i stawała w wodzie.

- Decyzja o tym, iż gracie w takich warunkach a nie innych nieco trwała. Byliście na tym boisku. Wychyliliście wcześniej nosy z szatni. Czy nikt nie próbował protestować?

- Nikt nie protestował. Była to moim zdaniem sprawa nie do wygrania. O dopuszczeniu do meczu decyduje sędzia. Jego decyzja, jak wiemy, była jednoznaczna.

- Jaki jest obecnie bardzo sławny trener Kazimierz Górski? Pedagog, przyjaciel?

- Jest strasznie sympatyczny i ma bardzo dobre serce. Słynie z doskonałego podejścia do wszystkich zawodników i jest bardzo lubiany i szanowany. Sądzę, że jest także bardzo dobrym psychologiem. Umie podejść do zawodników przed meczem, w czasie przerwy i po meczu, obojętnie czy wygranym czy przegranym. Potrafi stworzyć dobrą, niepowtarzalną atmosferę.

- A Jacek Gmoch?

- Żyje na co dzień z drużyną. Nie tak dawno przecież zakończył karierę i wciąż czuje się jeszcze piłkarzem. Umie też znakomicie podejść do każdego piłkarza. Wie, kiedy powiedzieć kilka miłych słów. Ulubione zwroty: nie łam się, trzeba trochę powalczyć.

- W zespole, jak wiemy, była bardzo dobra atmosfera. Ale w meczu może wystąpić tylko 11, powiedzmy 12 zawodników. Każdy jednak i słusznie ma ambicję i chce zagrać. Stosunek grających do rezerwowych? Nie było zawiści?

- W tym kolektywie nie było. Każdy z nas był dumny i szczęśliwy, iż znalazł się już wśród tych 22 wybrańców najlepszych z najlepszych. Zawsze grała najlepsza jedenastka, ściślej mówiąc ta jedenastka, która zdaniem trenerów gwarantowała w tym a nie innym spotkaniu najkorzystniejszy dla nas rezultat.

- Najtrudniejszy przeciwnik? Szwecja?

- Było 7 spotkań. Wszystkie trudne. Nawet mecz z Haiti.

- Zdobyliście srebrny medal. Uplasowaliście się na bardzo eksponowanym, trzecim miejscu. Jakie będą dalsze losy tej „srebrnej” drużyny?

- Formę wydaje mi się powinnyśmy utrzymać. Przypuszczalnie trener K. Górski będzie myślał teraz o nowej drużynie olimpijskiej.

- Prywatne spostrzeżenia ze spotkań z kibicami RFN, sympatykami sportu?

- Najbardziej serdecznie zachowywali się mieszkańcy Murrhardt. Rozdawaliśmy autografy, rewanżowali się nam jakimiś maskotkami. Niezapomniany był na zakończenie pokaz ogni sztucznych, zafundowany właśnie nam. Uczestniczyło w tym całe miasteczko.

- Wracajmy na krajowe podwórko. Przed panem i Odrą 3 ostatnie spotkania ligowe, dla was bardzo ważne. Jak będzie?

- Wydaje mi się, że Odra ma już za sobą najgorsze dni kryzysu. Liczę na zwycięstwa i zapewniam, że walczyć będziemy do końca.

- Nie tak dawno pan się ożenił. Syn Mirek chowa się znakomicie. Dalsze plany życiowe?

- Trzeba wreszcie poważnie pomyśleć o nauce. Chcę iść do technikum (3 lata) i tego celu dopnę. Cóż, całe życie w piłkę się nie gra. Trzeba zdobyć fach. W tej chwili jestem jak inni mocno zmęczony. Urlopu nie będzie. Odprężenie psychiczne po ciężkich meczach musi przyjść. Nie wiem czy w tej chwili potrafimy tak grać, jak chcieliby tego kibice. Ale i ja będę chciał walczyć jak najlepiej i pokazać, że słusznie zostałem powołany do kadry na MŚ. Koledzy też zechcą dowieść, iż srebrny medal nie spadł nam z nieba i solidnie na niego zapracowaliśmy.

Dziękujemy za ciekawą rozmowę.
 
Notował: Mariusz Gągola

Archiwalne zdjęcia

Facebook

Polecamy

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online