Wywiad z Henrykiem Krawczykiem (ur. 13.01.1954 r. w Strzelcach - pseudonim "Franz"):

Historia "Odry" Opole: Jak to się stało, że został Pan piłkarzem?

Henryk Krawczyk: Mając 12 lat rozpocząłem grę w juniorach Budowlani Strzelce. Jako 15-letni chłopiec przeszedłem do pierwszej drużyny, która występowała w lidze okręgowej. Rok później opuściłem rodzinę i przeprowadziłem się do Brzegu. Występowałem tam w miejscowej "Stali", a klub zapewnił mi internat. Po jednym sezonie gry w "Stali", otrzymałem propozycja gry w "Odrze" Opole od Jasia Śliwaka. Takiej okazji nie mogłem przepuścić i w 1971 r. rozpocząłem grę w juniorach opolskiej "Odry". Mieliśmy wówczas bardzo wiele talentów w naszej drużynie. Byli to wspaniali piłkarze, z którymi zdobyłem w 1972 tytuł mistrza Polski juniorów w Kraśniku Lubelskim. Pokonaliśmy wszystkie drużyny i byliśmy ogromnie z nas dumni. Był to wielki moment, ponieważ występowałem w tym czasie jako kapitan zespołu. Mając zaledwie 19 lat zadebiutowałem w pierwszej drużynie "Odry", której trenerem był Engelbert Jarek. Debiut przypadł na spotkanie przeciwko "Szombierkom" Bytom. Graliśmy wtedy w systemie 1-4-3-3 a ja byłem wysuniętym stoperem.

"HO": Pana sukcesy w klubie przełożyły się również na sukcesy w reprezentacji Polski juniorów.

H.K.: Dokładnie! Występowałem w trzech kategoriach wiekowych reprezentacji Polski juniorów. Często występowałem w młodszych reprezentacjach, dzięki czemu zwiedziłem nieco świata. Nieraz zdarzało się, że 92 razy w roku zmieniałem hotele, ponieważ tyle razy byłem na wyjeździe z kadrą. W 1978 r. byłem nawet na zgrupowaniu dorosłej kadry na stadionie Śląskim w Chorzowie. Były to słynne konsultacje przeprowadzane przez trenera Jacka Gmocha, których celem było wyłonienie najlepszych 25 zawodników w kraju na mistrzostwa świata w Argentynie. Byłem bardzo bliski osiągnięcia największego być może sukcesu w życiu, jednak podczas zgrupowania zdarzyła mi się bardzo nieprzyjemna kontuzja. Zerwałem ścięgna Achillesa i moja szansa na wyjazd została zaprzepaszczona. Byłem całkowicie załamany, ponieważ musiałem oddać "moją pałeczkę" innym… Jako 25 zawodnik do Argentyny pojechał Romek Wójcicki.

"HO": To musiała być dla Pana wielka tragedia. Trudno nawet sobie wyobrazić co musiał Pan czuć w tamtej chwili...

"HO": Przez tą kontuzję byłem zmuszony do dłuższej przerwy w grze. W ówczesnym czasie w kadrze "Odry" zachodziło wiele zmian i tak w sezonie 1979/1980 zostałem wypożyczony na rok czasu do "Małejpanwi" Ozimek. Moim trenerem w Ozimku był Henryk Brejza. Dzięki pomocy byłego trenera "Odry" Antoniego Piechniczka dostałem się w następnym sezonie do zespołu GKS Tychy, który występował w drugiej lidze. Długo jednak nie zagrzałem tam miejsca, ponieważ już 21 czerwca 1981 r. wyemigrowałem z całą rodziną na Zachód. Początkowo występowałem w klubie "Victoria" Köln, a po roku czasu otrzymałem propozycję zmiany na luksemburski "Dudelange" Luxemburg. W 1986 r. uzyskałem licencję trenerską "A" piłki nożnej i do 47-go roku życia byłem jednocześnie zawodnikiem i trenerem w Luksemburgu. Muszę przyznać, że ten czas spędzony w Luksemburgu, był moim wielkim szczęściem w życiu i bardzo mi się tutaj podoba. Nie żałuję edycji o przejściu do "Dudelange". Dziś jestem zatrudniony w kanadyjsko-amerykańskiej firmie Logistyk "Husky" i nie narzekam na nic.

"HO": Jakim był Pan piłkarzem?

H.K.: Wołali na mnie "Franz", ponieważ próbowałem grać stylem Franza Beckenbauera. Byłem ostro grającym piłkarzem, ale nie chciałem nigdy zrobić żadnej krzywdy przeciwnikowi. Nie widziałem w tym celu. Byłem również piłkarzem, który dość często dyrygował na boisku.

"HO": Ostro grający piłkarze raczej nie mogą ustrzec się otrzymania czerwonej kartki. Pamięta Pan ile razy musiał zejść z boiska za brutalne zagranie?

H.K.: Tak. Raz jedyny w mojej karierze otrzymałem czerwoną kartkę. Nie pamiętam co prawda w którym roku ją otrzymałem, ale pamiętam doskonale w jakim spotkaniu zostałem wyrzucony z boiska. Myślę, że ten mecz został w pamięci wielu zawodnikom oraz kibicom "Odry". Graliśmy z Piastem Gliwice. Po rzucie wolnym drużyny Piasta, piłka wylądowała obok bramki, uderzyła w słupek i dostała się pod siatką od tyłu do bramki. Tysiące ludzi na stadionie widziało dobrze tę sytuację, ale sędzia nie pozwolił ze sobą dyskutować i odgwizdał gola! Bardzo nas wtedy skrzywdził. Byłem tak zdenerwowany, że trzy osoby musiały mnie trzymać, a to nawet dobrze, ponieważ nie wiem co bym wtedy zrobił z sędzią. ("Odra" przegrała 1:0 przyp. red.)

"HO": Co może Pan powiedzieć o kibicach "Odry" z czasów Pana gry w Opolu?

H.K.: Ooooo!!! Byli nam bardzo wierni! Zawsze chodziło o to, żeby "Odra" zachowała dobry poziom. Życzę tego również dziś kibicom naszego klubu. Byliśmy dla naszych kibiców naprawdę wielkimi gwiazdami. Cała Opolszczyzna żyła "Odrą". Bardzo miło wspominam naszych fanów.

"HO": Po wyjeździe do Niemiec i Luksemburga zapewne stracił Pan kontakt z wieloma kolegami z zespołu. Z kim utrzymuje Pan najlepsze relacje do tej pory?

H.K.: Oczywiście, że utrzymuje kontakty z byłymi kolegami. Ze Zbyszkiem Gano spotykamy się do dzisiaj. Z Józkiem Klose telefonujemy, a z braćmi Kot piszemy regularnie do siebie. Często jestem gościem Engelberta Jarka w ramach organizowanego przez niego "Zjazdu Opolan" w Sinzig. Trzymam zawsze za te zjazdy kciuki, aby odbyły się, dają mi wiele radości. Można to porównać z pustą baterią, która jest po takim spotkaniu znowu na jakiś czas na nowo naładowana.

"HO": Może Pan coś powiedzieć o Pana relacjach z Engelbertem Jarkiem. Jak to się stało, że Betel został Pana ...ojcem chrzestnym?

H.K.: (śmiech)...Chętnie o tym opowiem! Najcudowniejsza kobieta na świecie, z którą chciałem brać ślub, pochodzi z bardzo katolickiej rodziny. Chodziłem chętnie do szkółki przed ślubem, ale stwierdziliśmy, że ja nie byłem chrzczony. Jedynym wyjściem, żebym dostał pozwolenie na ślub kościelny, były moje chrzciny. Z moimi rodzicami miałem zawsze sporadyczny kontakt i dlatego zwróciłem się z moim problemem do trenera Jarka, który bez wahania pomógł mi w moim problemie. Mieliśmy bardzo wiernych kibiców, m.in. też kapelana Józefa Czapraka i księdza Bursy. Trener zadzwonił do księdza, opowiedział o całej sprawie i załatwił termin na moje chrzciny. Pojechaliśmy w dwójkę do księdza. Nie miałem nikogo na świadka i tak zrobiliśmy z mojego trenera dodatkowo mojego ojca chrzestnego. Wszystko się udało, ślub był wspaniały i przy takim ojcu chrzestnym stoi nasze małżeństwo pod szczęśliwą gwiazdą do dziś. Nasz syn ma 31 lat, do 14 roku życia grał również w piłkę nożną. Później, przy jego wzroście 196 cm, przeniósł się na siatkówkę i należał do kadry narodowej Luksemburga. Zakończył jednak przygodę ze sportem i dziś jest pasjonatem muzyki. Nasza córka ma 33 lata i jest nauczycielką. Jestem bardzo szczęśliwym dziadkiem naszej wnuczki Angeliny (mała Angelina Jolie).

"HO": Bywa Pan jeszcze od czasu do czasu w Opolu?

H.K.: Bardzo rzadko, gdyż nie mam już rodziny w Polsce. Ostatnio byłem w Opolu na 60-leciu istnienia "Odry", gdzie z wielką radością zagrałem znowu na boisku "Odry". Byłem zachwycony nową trybuną i oglądam ją codziennie na moim komputerze, bo wstawiłem to zdjęcie jako obraz wejściowy na główną stronę.

"HO": Dziękujemy serdecznie za miłą rozmową i życzymy powodzenia w Luksemburgu.

H.K.: Dziękuje również za pamięć i przy okazji pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników strony Historii "Odry" Opole.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

Polecamy

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online