Historia "Odry": Panie Józefie jesteśmy zachwyceni pańską biografią! Trudno powiedzieć co powinniśmy podziwiać bardziej, czy Pana jako piłkarza czy doskonałego lekarza!

Józef Kurzeja: Moje życie toczy się równolegle w różnych płaszczyznach. Bardzo dużo rzeczy ze sportu przeniosłem do życia prywatnego. Życie jest jak rozgrywki sportowe: ciągle trzeba "walczyć", raz się wygrywa, a raz przegrywa. Ze zwycięstw trzeba się cieszyć, z porażek wyciągać odpowiednie wnioski. To co robisz, musisz po prostu kochać. Ja zawsze próbowałem pogodzić piłkę nożną z życiem rodzinnym i ze szkołą, a później ze studiami i pracą zawodową.Jak wszystko kochasz, to możesz też doskonale jedno z drugim połączyć.

"HO":Zaczął Pan swoją karierę piłkarską jako bardzo młody chłopiec. Jak zapatrywali się na Pana pasję rodzice?

J.K.: W mojej rodzinie nie było tradycji sportowych. Byłem jedynym, który interesował się sportem. To jest normalne, jak rodzice na pierwszym miejscu widzą szkołę a dopiero później sport. Należałem jednak zawsze do najlepszych uczniów w klasie, dlatego moi rodzice byli zadowoleni i nie "przeszkadzali" mi w mojej piłkarskiej pasji. Już jako młody chłopak wiedziałem jednak, że w życiu potrzebne są również inne wartości. Nie chciałem uzależnić się od piłki i dlatego tak wiele poświęciłem uwagi studiom.

"HO": Kiedy Pan poznał swoją żonę i co ona sądziła nt. Pana pasji futbolowej?

J.K.: Moja żona Krystyna pochodzi z Piekar Śląskich i również jest lekarzem. Poznaliśmy się na piątym roku studiów. Już po 8 miesiącach zdecydowaliśmy się na małżeństwo. To szybko, ale jak wszystko od początku pasuje, to na co dłużej czekać. Moja żona nie interesuje się specjalnie piłką nożną, nasze wspólne zainteresowanie mieliśmy i mamy przede wszystkim w medycynie oraz w rozwiązywaniu problemów rodzinnych.

"HO": Może Pan zdradzić receptę naszym czytelnikom, jak można w różnych dziedzinach życia jednocześnie zrobić taką karierę?

J.K.: Organizacja i wewnętrzna dyscyplina, oraz jak już wspominałem zamiłowanie do tego co robisz, to w życiu najważniejsze. Bardzo ważna jest również wytrwałość w dążeniu do celu i przekonanie o swoich umiejętnościach i zamierzeniach. Pamiętam jak działacze w klubie mówili do mnie: "Piłka albo studia!", a ja odpowiadałem dobrą grą, bo tylko to liczy się na boisku. Moi nauczyciele na studiach twierdzili, że medycyna i sport wyczynowy nie mogą się korelować, a ja ponownie odpowiadałem moim nauczycielom dobrymi ocenami w indeksie. I jedni i drudzy dawali mi wtedy spokój.

"HO": Który mecz utkwił Panu szczególnie w pamięci?

J.K.: Trudno z takiej masy wyróżnić ten jeden jedyny. Z występów w "Odrze" najbardziej zapamiętałem zwycięski mecz w Pucharze Intertoto, bodajże 1966 r. przeciwko czołowej wtedy drużynie NRD 1.FC Magdeburg. Wygraliśmy tam 2:0. Wszystkie mecze dostarczały mi satysfakcji i wiele niezapomnianych wrażeń.

"HO": Jak wspomina Pan swój pobyt w Opolu i przede wszystkim grę w opolskiej "Odrze"?

J.K.: To bardzo sentymentalne wspomnienia! Rozstanie z domem rodzinnym, początek kariery w wielkiej ligowej piłce u boku znanych już gwiazd, występy w reprezentacji juniorów a potem decyzja o studiach medycznych...Wszystko co ważne w moim życiorysem związane jest z Opolem.

"HO": Kto był Pana pierwszym trenerem w "Odrze" i co może Pan powiedzieć o kadrze trenerskiej klubu w ówczesnym czasie?

J.K.: Pierwszym moim trenerem w Opolu był H. Skolik, następnie A. Forys, a na sam koniec A. Brzeżańczyk. Wszyscy należeli wówczas do tzw. elity trenerskiej i dużo można się od nich było nauczyć. Świetni fachowcy.

"HO": Utrzymuje Pan kontakt z byłymi kolegami z "Odry"?

J.K.: Tak, chociaż nie za często. Wspaniała okazja ku temu była przy okazji "Zjazdu Opolan" organizowana przez mojego idola w młodości, a dziś serdecznego przyjaciela "Betela" Jarka w Bonn. Jarek organizował wspaniałe spotkania byłych piłkarzy "Odry", w których miałem przyjemność wystąpić i spotkać się przy okazji z byłymi kolegami. Pamiętam jak na jednym z takich spotkań, piłki podawał nam i swojemu ojcu, 12-letni wtedy Mirek Klose, dzisiaj gwiazda reprezentacji Niemiec.

"HO": Bywa Pan od czasu do czasu w Opolu?

J.K.: Ostatnio niezbyt często. Jadąc do rodziny na Śląsk autostradę omijam Opole, poza tym przeważnie korzystam w podróżach do Polski z samolotów, które niestety nie lądują w Opolu. Ostatnio byłem na 60-leciu "Odry" i szczęście ogarnęło moją osobę, że ponownie mogłem zgrać na murawie stadionu przy ul. Oleskiej.

"HO": Jakie ma Pan plany na przyszłość?

J.K.: Nie planuję, tylko żyję! Moje motto to: "Ciesz się dniem dzisiejszym, bo nie wiesz co czeka cię jutro:. Mam troje dorosłych dzieci i od grudnia 2007 r. jestem dziadkiem. Spędzam chętnie czas z rodziną. Jedyne co planuję i przygotowuję na następny rok, to jest wesele mojego syna w "Karolince" w Gogolinie.

"HO": Na koniec zapytamy o stronę Historii "Odry" Opole. Co Pan o niej sądzi?

J.K.: Gratuluję pomysłu i życzę całemu zespołowi redakcyjnemu oraz wszystkim odwiedzającym tę stronę wielu szczęśliwych chwil.

"HO": Dziękujemy serdecznie za rozmowę.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

Polecamy

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online