- Co skłoniło pana do przyjęcia oferty prowadzenia piłkarzy Odry?

- Przede wszystkim jednoznaczne stanowisko pana Raczkowskiego. Gdy zadzwonił do mnie z Bułgarii, byłem bez pracy ale rozważałem możliwości podjęcia jej w Hutniku Kraków lub w lidze australijskiej. Wszystkich wyprzedził pan Raczkowski.

- Stawiając określony cel?

- Tak. Na rundę wiosenną jest utrzymanie zespołu w drugiej lidze. W kolejnym sezonie mielibyśmy podjąć walkę o powrót do ekstraklasy. Takie postawienie sprawy zainteresowało mnie. Jestem szkoleniowcem głodnym sukcesu.

- Chce pan ten głód zaspokoić w Opolu, wybić się na polskim rynku?

- Nie jest sztuką wyrobić sobie nazwisko, trafiając do klasowej drużyny, ale do takiej bez większych osiągnięć. Zawsze chciałem, aby drużyna, którą prowadzę, była jak najlepsza i grała na najwyższym szczeblu. Na pewno będę chciał to samo zrobić z Odrą. Uważam, iż kadrowy potencjał zespołu jest olbrzymi, jednak niektórzy zawodnicy będą musieli zmienić swój sposób i styl gry oraz podejście do swoich obowiązków. Przejść na prawdziwy profesjonalizm – jeśli ktoś płaci, to i wymaga. Widzę wśród części zawodników jeszcze trochę nawyków – przepraszam za określenie – prowincjonalnych. Trzeba to pozmieniać. Chłopcy są jednak chłonni, wiedzą czego chcą. Wierzę, iż znajdziemy wspólny język, aby oba cele, o których mówiłem wcześniej, zrealizować.

- Nie miał pan żadnych oporów przy przyjmowaniu oferty Ryszarda Raczkowskiego? Siedząc w realiach polskiej piłki musiał pan przecież wiedzieć, iż to osoba trochę kontrowersyjna…

- Uważam, iż z każdym człowiekiem można znaleźć wspólny język. Kiedy cztery i pół roku temu szedłem do Wawelu Kraków, niektórzy trenerzy mówili, iż tamtejszy prezes zwolni mnie po kilku tygodniach. Okazało się, że Mikulski „przesiedział” w Wawelu trzy i pół roku, a gdyby nie oferta z Odry Wodzisław, zapewne siedziałby tam do dziś. Jestem przekonany, iż także z panem Raczkowskim dogadamy się. Widzę, że już powoli to następuje. Wprawdzie jest on impulsywnym i stanowczym człowiekiem, ale bardzo trzeźwo patrzy na sport. Sądzę, iż razem potrafimy coś zbudować.

- Na treningach w ostatnich tygodniach było wielu nowych piłkarzy. To dobrze czy źle?

- Uważam, iż nie można odrzucić nikogo, kto chce być sprawdzony. Trzeba więc przetestować każdego, kto taką chęć wyrazi, a czasami powiedzieć gorzką prawdę i podziękować, tak jak to uczyniłem po niedawnym wewnątrzklubowym turnieju. Takie jest życie.

- W polskiej lidze panuje moda na czarnoskórych zawodników. Dotarła ona także do Odry…

- Największe szanse zaistnienia ma na pewno Chifon. Widziałem go, gdy grał w Avii Świdnik i należał tam do najlepszych. Napastnik Emanuel musiałby zrzucić kilka kilogramów i popracować nad ostatnim podaniem.

- Z tego co wiem, nadwaga to „grzech” nie tylko Nigeryjczyka…

- To prawda. Na pierwszym obozie w Szklarskiej Porębie okazało się, iż prawie każdy ma nadwagę, a niektórzy nawet po siedem – osiem kilo. Ale to „choroba” do wyleczenia. Wszyscy doskonale wiedzą, iż nikt z nadwagą w moim zespole nie znajdzie miejsca. Nie odkrywam Ameryki mówiąc, że nadwaga blokuje zwinność, szybkość i skoczność. Chłopcy o tym doskonale wiedzą i cieszy mnie, iż niektórzy po obozie zrzucili już nawet po cztery kilogramy.

- Ligowe mecze macie grać w Opolu, trenować trochę tu, trochę w Namysłowie. Niezbyt to chyba korzystne rozwiązanie…

- Na pewno najlepiej byłoby znaleźć jedno miejsce do treningów, ale i przy takim, o którym pan mówi rozwiązaniu, nic się złego nie stanie. W poniedziałek, wtorek i środę będziemy więc prowadzić zajęcia w Namysłowie, bo stamtąd jest większość zawodników, a warunki treningowe są dobre. Natomiast bezpośrednio przed meczami, a więc w czwartek i piątek odbywały się będą treningi w Opolu, przy sztucznym świetle. Wiem, że to czasowe rozwiązanie. Później wybierzemy jedno miejsce i zapewne Opole.

- Czy ma pan jakieś piłkarskie wspomnienie związane z naszym miastem?

Wiele, wiele lat temu grałem w Opolu jako zawodnik Ruchu Chorzów mecze pierwszoligowe. Pamiętam, iż przychodziło na nie nawet po dwadzieścia tysięcy ludzi, a niektórzy obserwowali spotkania, siedząc na drzewach. Tak było między innymi w meczu Odra – Ruch, w roku siedemdziesiątym ósmym.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

Polecamy

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online