Andrzej Marcol leży na muraiwe stadionu Odry po brutalnym ataku Edwarda ZałężnegoAndrzej Marcol - rocznik 1959. Rodowity opolanin, w piłkę zaczynał grać w nieistniejącym Tempie, gdzie pierwszym trenerem był Rajnold Michala. Później przyszedł do Odry i kolejno szkolili go: Leszek Stykała i Wiesław Łucyszyn, Antoni Piechniczek, Józef Zwierzyna i Grzegorz Polakow. Andrzej Marcol był w Odrze od trampkarza, poprzez wiek juniorski, systematycznie przygotowywany do gry w obronie I-ligowej drużyny. Mówiono o nim, że ma talent. Nie wykorzystał go, lecz nie było w tym jego winy...Los mu sprzyjał aż do tamtego feralnego dnia...

Juliusz Stecki: - Zapewne dobrze go pamiętasz?

Andrzej Marcol: Niestety czy można byłoby zapomnieć to, co wydarzyło się 16 czerwca 1981 roku? Nasz spadek z I ligi był już wówczas przesądzony, ale mogliśmy go sobie powetować w Pucharze Polski, w którym doszliśmy do półfinału.Graliśmy o finał z warszawską Legią w Opolu. Po przerwie - jak mi później powiedziano - w okolicach środka boiska podawałem piłkę Wojtkowi Tycowi, kiedy nagle legionista Załężny brutalną "nakładką" dosłownie wskoczył na moją nogę. Trzask łamanej kości słychać było podobno na całym stadionie. Mnie owszem, zabolało, ale chciałem nawet wstać i biec dalej. I wtedy zobaczyłem, że dolna część nogi wisi na getrach. Struchlałem, krzyknąłem przeraźliwie, a pierwszą myślą była obawa, czy w ogóle będę jeszcze mógł chodzić.

Podbiegli przerażeni koledzy, na boisko wjechała karetka pogotowia. W szpitalu usłyszałem, że mam otwarte złamanie obu kości podudzia. Trzy miesiące gipsu, a później jeszcze dalszych pięć miesięcy rekonwalescencji i nauki chodzenia. A jednak zaczęła się we mnie tlić nadzieja, że może wrócę na boiska piłkarskie.

- I wróciłeś?

- Próbowałem w II lidze, ale noga wciąż nie była sprawna jak dawniej. Bolała. Przeszedłem mnóstwo badań i niejako przy okazji dowiadywałem się, że nie tylko kontuzjowana noga może mi przeszkadzać w powrocie do futbolu. Podejrzewano mnie nawet o tarczycę. Ileż już klinik zaliczyłem, ilu najwybitniejszych lekarzy odwiedziłem... Wyjeżdżałem do nich zawsze z nadzieją, a wracałem do Opola z pogłębiającym się niepokojem.

- Ostatecznie zapadł werdykt nie po twojej myśli...


- Lekarz klubowy Odry podjął ostateczną decyzję o zakończeniu mojej kariery. I żeby było ciekawiej, dalsze wyczynowe uprawianie futbolu wykluczyły schorzenia wykryte podczas leczenia nogi.

- Jak przyjąłeś ten "wyrok"?

- Podłamałem się psychicznie. Trudno mi było pogodzić się z tym, że moje marzenia sportowca nie będą mogły być zrealizowane, że nie wyjdę już na mecz z kolegami z drużyny, nie usłyszę szumu trybun, nie poczuję radości ze wspólnego sukcesu. Żyłem przecież dotąd piłką, a tu taka niesprawiedliwość. Z czasem wytłumaczyłem sobie, że tak musi być... Miałem przecież wtedy tylko 22 lata. Wielu w tym wieku zaczyna drogę do wielkiej sportowej kariery, zaczyna realizować swoje ambitne plany, spełniać marzenia. Ja zaczynałem to robić choćby z Pawłem Królem, który zagrał w reprezentacji Polski. Jeśli jemu się udało, mogło i mnie się powieść. Miałem zaledwie 19 lat jak trafiłem do I-ligowej Odry. Mnie zaufał trener Antoni Piechniczek, który lubił śmiałe rozwiązania i nie wahał się dawać szansy młodzieży.

Andrzej Marcol leży na muraiwe stadionu Odry po brutalnym ataku Edwarda Załężnego

- Jak wspominasz trenera Piechniczka?


- Uważam go za jednego z najlepszych szkoleniowców w kraju. Ja, widać musiałem wpaść mu w oko podczas obozu w Bielsko-Białej, na który pojechałem z pierwszą drużyną jako junior. W zespole starszych kolegów zadebiutowałem podczas turnieju w NRD, po tym zgrupowaniu. Od tego czasu miałem już etat w drużynie, a przecież konkurencja była ostra, bo kandydowali do miejsc w defensywie tacy piłkarze jak Franek Rokitnicki, Józef Adamiec, Romek Wójcicki, Paweł król czy Tadek Podgórny.

- Wracając do starcia z Załężnym, czy to była twoja pierwsza poważniejsza kontuzja?

- Pół roku wcześniej, a rok dokładniej jesienią 1980 rok, załamano mi nogę podczas meczu z Zawiszą w Bydgoszczy. Dla odmiany - prawą. Kuracja trwała jednak tylko dwa miesiące i nie pozostawiła we mnie żadnych kompleksów. Wróciłem bez większych perturbacji do piłki. Niestety drugie złamanie załamało mnie...Nie spodziewałem się, że w tym momencie Załężny tak postąpi. Przecież nie miał on szans na odebranie mi piłki, tym bardziej, że było ślisko. Jestem więc przekonany, że jego brutalność była zamierzona, a postępek podyktowany zwykłą złośliwością.

- Może mu się czymś wcześniej naraziłeś?

- Gdzie, kiedy, czym? Nie pamiętam. Wiem natomiast, że odwiedzający mnie w szpitalu Brychczy i Ciupa z Legii mówili, iż Załężny na treningach złamał już kilka nóg swoim kolegom z drużyny.

- Ponoć usprawiedliwiano Załężnego jego krótkowzrocznością...

- Ja w to nie wierzę. Znam wielu krótkowidzów, ale nie są z tego powodu złośliwi.

- Co byś mu powiedział pod sześciu latach od fatalnego "wypadku"?


- Zapytałbym się dlaczego złamał mi nogę i karierę, dlaczego przekreślił moją piłkarską, sportową przyszłość?

- A co być mu zrobił?

- Nic, nawet nie życzyłbym mu tego, co mnie - za jego przyczyną - spotkało. Inna sprawa, że i jego los jakby za mnie pokarał, bo bodajże w starciu z Romkiem Wójcickim i on miał ciężkie złamanie tych samych co u mnie obydwóch kości podudzia.

- Czy masz żal do losu?

- Jak tu nie narzekać, jak nie mieć pretensji, że nie był dla mnie łaskawy, że źle się ze mną obszedł? Żal mój był i jest tym większy, że przed tą kontuzją "łapałem" wysoką formę, grało mi się coraz lepiej i rysowały się przede mną perspektywy postępów i sportowych awansów.

- Czy zwłaszcza na podstawie własnych smutnych doświadczeń, możesz powiedzieć, że w życiu - również i sportowym - nasze powodzenie zależy nie tylko od nas samych?

- Jestem teraz przekonany, iż rzeczywiście nie tylko od nas samych. kto wie, co dziś robiłbym, jak się miał, gdyby wtedy - 16 czerwca 1981 roku w Opolu - na mojej drodze nie stanął właśnie Edward Załężny. jaka jest moja w tym wina, że tak młodo musiałem przestać grać w piłkę i porzucić marzenia? te pytania wciąż mi dokuczają, wciąż mnie bolą.

Rozmawiał: Juliusz Stecki

Źródło: Trybuna Opolska, 7.10.1987 r.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online