Wspomnienia kibica Odry OpoleSezon 1982/1983 kosztował mnie sporo nerwów. To, co wyczyniała „Odra” w rundzie wiosennej przypominało taniec nad przepaścią. Jeszcze na kilka kolejek przed końcem rozgrywek wydawało się, że nie unikniemy degradacji. Na szczęście znakomita końcówka sprawiła, że udało nam się zachować drugoligowy status. Kolejny sezon wyglądał bardzo podobnie. Znowu dramatyczna walka o utrzymanie. Tym razem scenariusz wydarzeń nie przypominał już niestety typowego hollywoodzkiego filmu…
 
Przed rozpoczęciem sezonu 1983/1984 tylko niepoprawni optymiści liczyli na to, że „Odra” włączy się do walki o awans do ekstraklasy. Osobiście miałem nadzieję, że tym razem uplasujemy się w górnej części tabeli, aczkolwiek bliżej miejsc 6-8 niż ścisłej czołówki. Dlaczego? Powody były dwa. Po pierwsze wielkie nadzieje wiązałem z nowym trenerem, którym został dobrze znany i poważany w środowisku piłkarskim Stanisław Świerk. Jego portfolio było bardzo interesujące. Wcześniej pracował m.in. z „Widzewem”, ŁKS-em i „Zagłębiem” Lubin. Wyniki osiągane szczególnie z „Widzewem” i „Zagłębiem” dawały nadzieję na to, że pod jego opieką „Odra” osiągnie sportowy progres. Jego asystentem został poprzedni trener „Odry”, Zdzisław Drożdżyński. Drugą pozytywną przesłanką była utalentowana opolska młodzież, która na początku lat 80. odnosiła sukcesy na krajowym podwórku. W sezonie 1982/1983 Babac, Malski, Cyrys, Gruca i inni mieli sposobność rozegrać sporo spotkań na drugoligowym poziomie. To miało procentować w nowym sezonie. W trakcie poprzedniego sezonu niektórzy fachowcy (np. były zasłużony trener „Odry” Teodor Wieczorek) uważali, że nasza drużyna miała zbyt niestabilny skład, ponadto została zbyt radykalnie odmłodzona. Niewątpliwie coś w tym było na rzeczy, wszak w całym sezonie na boisku wystąpiło aż 27 zawodników.

Niepokoiły trochę personalia. Nie było już Korka, który wyjechał za granicę po rundzie jesiennej w 1982 roku, na dobre z drużyną rozstał się także Zbigniew Kwaśniewski. Do GKS-u Katowice odszedł Morcinek, co było z pewnością istotnym osłabieniem naszej drugiej linii. „Odra” skasowała za tego zawodnika cztery miliony złotych. Cóż z tego, skoro nie przełożyło się to na transfery w odwrotnym kierunku. Brakiem w kadrze Złotosia specjalnie się nie przejmowaliśmy, bo wiosną nie pokazał nic specjalnego. Z ROW-u Rybnik powrócił Zbigniew Gano. Skład drużyny wydawał się nieco słabszy od tego z poprzedniego sezonu. Wszystko miało jednak zweryfikować boisko.

Pierwszy rywal nie wydawał się zbyt wymagający. Graliśmy z beniaminkiem z Oławy. Dla mnie było to bardzo ważne wydarzenie – pierwszy mecz wyjazdowy! Pojechałem oczywiście pociągiem. Gdy wysiadłem na stacji okazało się, że większość ludzi jadąca tym pociągiem przyjechała w tym samym celu, co ja. Przez centrum Oławy maszerował ogromny tłum. Przypomniały mi się pochody pierwszomajowe. Trudno ocenić ilość kibiców z Opola, ale z pewnością było ich kilkuset. Wyjazd spodobał mi się do tego stopnia, że jeszcze w tej samej rundzie jesiennej odwiedziłem kilkakrotnie Oławę, aby oglądnąć sobie inne drugoligowe mecze. Premiera nie wypadła zbyt okazale. Spotkanie było wyrównane. Typowy mecz na remis. Niestety w końcówce gospodarze przeprowadzili skuteczny atak i przegraliśmy 0:1. Okazja do rewanżu była już w następnym tygodniu, gdy przyjechał do nas kolejny beniaminek. Tym razem poprzeczka była jednak postawiona znacznie wyżej. W 1983 roku „Lechia” Gdańsk była prawdziwą rewelacją. Jeszcze jako trzecioligowiec zdobyła Puchar Polski, zwyciężając w finale z „Piastem” Gliwice 2:1. W drodze do finału gdańszczanie odprawili z kwitkiem trzy kluby z ekstraklasy („Widzew”, „Śląsk”, „Ruch”). Dzięki temu byli na ustach całej piłkarskiej Polski. Siły beniaminka doświadczyła na własnej skórze „Odra”. Przegraliśmy u siebie bezdyskusyjnie 0:3. Dwa gole strzelił nam Kruszczyński. Ten sam zawodnik w poprzednim sezonie, jeszcze w barwach „Arkonii” wbił nam cztery gole w jednym meczu (niesławna porażka 1:4 w Szczecinie). Początek sezonu był więc wyjątkowo niefortunny.

W trzeciej kolejce „Odra” rozegrała bodaj najlepszy mecz w rundzie jesiennej, pokonując na wyjeździe silne „Zagłębie” Lubin 4:1. Bramki dla opolan zdobyli Rokitnicki, Malski, Bolcek i Cyrys. Być może pewną rolę odegrał fakt, iż Stanisław Świerk prowadził wcześniej lubinian i z pewnością znał doskonale słabe punkty tej drużyny. Kolejnym rywalem był gorzowski „Stilon”, który w poprzednich sezonach wyjątkowo nam „leżał” Nie inaczej było tym razem. Odnieśliśmy minimalne zwycięstwo 1:0, dzięki bramce zdobytej przez Malskiego. W meczu ze „Stilonem” zadebiutował pozyskany z BKS-u Bielsko-Biała Wiesław Pezda. Niestety, ale ten transfer nie był zbyt udany. Pezda był co najwyżej uzupełnieniem kadry, bo o wzmocnieniu trudno tu mówić. W piątej kolejce potykaliśmy się na wyjeździe z „Arką”. Niestety, ale tym razem wieści z Gdyni nie były pomyślne. Przegraliśmy 1:3, popełniając zbyt wiele błędów w defensywie. Drugiego gola miał na sumieniu Kapica. Honorową bramkę dla naszych barw zdobył Kuter w samej końcówce spotkania.
Waldemar Kuter

Kolejny mecz przyszło nam zagrać znowu na wyjeździe. Tym razem w Poznaniu z tamtejszą „Olimpią”, która była jedną z czołowych drużyn w II lidze „zachodniej”. O porażce 1:2 zadecydowała przede wszystkim słaba pierwsza połowa, w której rywale strzelili nam dwa gole. Po przerwie „Odra” przystąpiła do ataku i zepchnęła gospodarzy do defensywy. Kontaktowego gola strzelił Waldemar Kuter. Mimo kilku korzystnych okazji nie zdołaliśmy wyrównać i przyszło nam pogodzić się z kolejną porażką. Po sześciu kolejkach z dorobkiem 4 punktów i bilansem bramkowym 7:10 zajmowaliśmy 13 miejsce w tabeli. Miejsca 13-16 oznaczały spadek do III ligi… Kolejny mecz na Oleskiej potwierdził, że nie będziemy potentatem w drugoligowej stawce. Zremisowaliśmy 1:1 z „Piastem” Gliwice. Jeden punkt uratowaliśmy w drugiej połowie, dzięki bramce Bolcka. Było to przeciętne spotkanie, które z pewnością nie zapadło kibicom w pamięci. Niestety, ale takich meczów było w tym sezonie całkiem sporo. Frekwencja na stadionie nie była zbyt imponująca, zazwyczaj zasiadało na trybunach około 2 tysiące widzów. Z dopingiem było cieniutko. Gdy drużynie nie szło kibice nie szczędzili jej złośliwych komentarzy. Co jakiś czas słychać było okrzyki zdenerwowanych kibiców pomstujących na grę „niebiesko-czerwonych”. Robiło się coraz bardziej szaro i smutno.

W ósmej kolejce zagraliśmy w Wałbrzychu z miejscowym „Zagłębiem”. „Odra” zagrała całkiem niezłe zawody. Szybko objęliśmy prowadzenie po strzale Alfreda Bolcka. W pierwszej połowie inicjatywa należała do naszej drużyny. Mieliśmy kolejne szanse na podwyższenie wyniku. Niestety zabrakło wykończenia. W drugiej połowie gospodarze za sprawą Kisiela wyrównali. „Odra” pomimo przewagi nie zdołała przechylić szali na swoją korzyść. Remis 1:1 był jednak całkiem niezłym rezultatem. Cieszyła szczególnie dobra gra drużyny. Kolejny mecz rozegraliśmy z naszą imienniczką z Wodzisławia. I tym razem nie zdobyliśmy kompletu punktów na Oleskiej. Skończyło się na bezbramkowym remisie. Goście potwierdzili, że nie przypadkowo zajmują jedno z czołowych miejsc w tabeli. Najbardziej smucił fakt, że „Odra” straciła dobrze grającego w ostatnich tygodniach Alfreda Bolcka, który doznał poważnej kontuzji. W rundzie jesiennej już nie zobaczyliśmy go na boisku. W dziesiątej serii zmagań na drugoligowym froncie przyszło nam potykać się ze spadkowiczem z ekstraklasy. „Gwardia” Warszawa była w tym meczu jak najbardziej do ogrania. Niestety, ale nasi gracze byli tego dnia wyjątkowo nieskuteczni (Rokitnicki nie wykorzystał „jedenastki” przy stanie 0:0), brakowało także łutu szczęścia (słupki, poprzeczki po strzałach Rokitnickiego i Harasa). Porażka 0:1 była wyjątkowo bolesna. Po tym pechowym pojedynki „Odra” z dorobkiem 7 punktów zajmowała czternastą lokatę w tabeli. Wyglądało to naprawdę nieciekawie.

Tymczasem w następnej kolejce było dokładnie odwrotnie, bowiem dopisało nam szczęście. Jak to w sporcie. Po niezbyt interesującym meczu pokonaliśmy „Celulozę” Kostrzyn 1:0. Zwycięską bramkę zdobył w końcówce Ireneusz Haras. W następnym tygodniu przyszło nam przełknąć gorzką pigułkę. Przegraliśmy w Elblągu z „Olimpią” 0:1. Najbardziej bolał fakt, że bramkę straciliśmy w 93 minucie spotkania. Frustrację pogłębiał fakt, że w 90 minucie Haras zmarnował sytuację „sam na sam”. Mogło być zatem dokładnie odwrotnie. W Elblągu zadebiutował w opolskiej „jedenastce” Marek Czakon. Jego czas miał jednak dopiero nadejść… W tej fazie sezonu bramki strzelane w końcówce były stałym scenariuszem meczów „Odry”. Nie inaczej było tydzień później w Opolu. Przyjechał do nas ligowy średniak „Chemik” Police. Było to kolejne dość bezbarwne widowisko na Oleskiej. Jeśli warto je zapamiętać to tylko z powodu fartu w końcówce spotkania. „Odra” dosłownie w ostatniej akcji meczu wywalczyła rzut karny, który na bramkę zamienił Cyrys. Kolejny mecz w pierwszym składzie rozegrał Czakon. Miał okazje strzeleckie, ale niestety nie zdołał pokusić się o strzelenie gola. W „niebiesko-czerwonych” barwach zadebiutował Budziszewski, pozyskany z „Chrobrego” Głogów. Niestety był to dość przeciętny piłkarz, który nie okazał się wzmocnieniem. Po meczu 14 kolejki rozegranego w Szczecinie napłynęły do Opola bardzo dobre wieści. „Odra” pokonała tamtejszą „Stal Stocznia” 2:1. Była to niespodzianka, bowiem szczecinianie byli jedną z czołowych ekip na drugim froncie i niezwykle rzadko gubili na własnym boisku dwa punkty. Bramki dla „Odry” zdobyli Kuter i Gruca. Istotne było także to, że nie było to przypadkowe zwycięstwo. „Odra” przez większość spotkania miała przewagę i zasłużenie zdobyła komplet punktów. W ostatniej kolejce rundy jesiennej przyszło nam potykać się z beniaminkiem z Jaworzna, który całkiem nieźle radził sobie w II lidze. Gdy szedłem na ten mecz wierzyłem mocno w to, że ponownie sięgniemy po dwa punkty. Do optymizmu skłaniał przede wszystkim fakt, że tydzień wcześniej rozegraliśmy świetne zawody w Szczecinie. Niestety, ale spotkał nas zawód. Po bardzo przeciętnym meczu „Odra” zaledwie zremisowała z „Victorią” 0:0. Mecz ubarwiła trochę grupka kibiców z Jaworzna, która jak tylko mogła wspierała swoją drużynę. Gdy wracałem do domu żałowałem straconego punktu. Wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, jak wielkie będzie miało to znaczenie dla losów drużyny...

Po rundzie jesiennej „Odra” zajmowała 10 miejsce z dorobkiem 14 punktów (5 zwycięstw, 4 remisy, 6 porażek), posiadając ujemny bilans bramkowy 14:16. Na swoim terenie prezentowaliśmy się całkiem nieźle. W siedmiu meczach zdobyliśmy 9 punktów (3 zwycięstwa, 3 remisy, jedna porażka. Na obcych boiskach w 8 spotkaniach uzbieraliśmy pięć punktów (najcenniejsze były zwycięstwa w Lubinie i Szczecinie).

Huśtawka nastrojów. Tak chyba można określić w skrócie poczynania naszych piłkarzy. Zaczęło się bardzo źle, szczególnie porażka 0:3 z „Lechią” w Opolu była wręcz zatrważająca. Tydzień później drużyna rozegrała bodaj najlepszy mecz w tej rundzie pokonując pewnie w Lubinie miejscowe „Zagłębie”. Z czego wynikała niestabilna forma drużyny? Nad tym głowiło się zapewne wielu kibiców. Jedną z przyczyn mogło być to, że trener Świerk bardzo często rotował składem. Dotyczyło to praktycznie wszystkich formacji. Muszę przyznać, że, generalnie rzecz biorąc, liczyłem na coś więcej. Sądziłem, że pod opieką takiego fachowca, jak trener Świerk „Odra” będzie grać lepiej i przede wszystkim skuteczniej. Mankamenty z poprzedniego sezonu co rusz nękały nas także i w tym. Raził brak skuteczności, niepokojące było także to, że opolska młodzież jakby lekko osiadła na laurach. Wyróżniał się Cyrys, solidną firmą był Gruca, jednak po takich zawodnikach, jak Rogowski i Malski oczekiwałem czegoś więcej. Nietrafione okazały się transfery. Pezda i Budziszewski praktycznie nic nie wnieśli do drużyny, szczególnie pierwszy z nich. Solidny poziom prezentował Zbigniew Gano, który powrócił do Opola z ROW-u Rybnik. Trudno jednak było nie odnieść wrażenia, że najlepsze piłkarskie lata miał już za sobą. Jego rola w drużynie była jednak istotna, wraz z Frankiem Rokitnickim był ostoją doświadczenia. Młodzi obrońcy (Gruca, Łukaszewski) mogli się od niego wiele nauczyć. Muszę przyznać, że w tej rundzie żaden z naszych zawodników jakoś szczególnie nie zaimponował mi swoją grą. Na wyróżnienie zasługiwał na pewno Cyrys, bodaj najzdolniejszy z opolskiej młodzieży, w nim też pokładałem największe nadzieje. Często z dobrej strony pokazywał się Kuter, równą formą imponował Franek Rokitnicki. Alfred Bolcek na początku sezonu grał naprawdę dobrze, jednak miał pecha, bowiem w meczu z „Odrą” Wodzisław nabawił się ciężkiej kontuzji.

3 stycznia 1984 roku ruszyły pełną parą przygotowania do rundy wiosennej. Pierwszym trenerem pozostał Stanisław Świerk. W czasie przerwy zimowej nastąpiło kilka zmian w kadrze drużyny. W Opolu pojawili się nowi zawodnicy – Krzysztof Karpiński z „Pafawagu” Wrocław, wcześniej gracz „Śląska” Wrocław, Wojciech Rabenda z „Motoru” Lublin, Henryk Świątek z „Hetmana”. Zamość. Treningi z drużyną wznowił Andrzej Marcol, który stopniowo wracał do zdrowia po bardzo ciężkiej kontuzji odniesionej w czerwcu 1981 roku w meczu z „Legią” Warszawa. Kontuzje wyleczył także Alfred Bolcek, ponadto po przewlekłej chorobie do zdrowia powrócił Roman Gajda. Na papierze skład prezentował się więc niezgorzej. Przed rundą wiosenną „Odra” rozegrała kilka bardzo atrakcyjnych meczów sparingowych. Tłumy na stadion przyciągnęła potyczka z „Widzewem” Łódź, w barwach którego grali wówczas Józef Młynarczyk i Roman Wójcicki. Obydwaj zostali bardzo ciepło przyjęci przez opolską publiczność. Sparing wygrali łodzianie 2:0. Tydzień później zawitał na Oleską rewelacyjny lider ekstraklasy „Górnik” Wałbrzych. Tym razem ulegliśmy rywalom 1:2. W obydwu spotkaniach piłkarze „Odry” zaprezentowali się bardzo przyzwoicie.

W pierwszym meczu rundy wiosennej gościliśmy „Moto-Jelcz” Oława. Nadarzyła się okazja do rewanżu za pechową porażkę w sierpniu. Nic z tego! Po bezbarwnym spotkaniu zaledwie zremisowaliśmy. Zapowiadała się ciężka walka o utrzymanie. Przed następną kolejka, pomny przebiegu meczu w Opolu, miałem spore obawy o wynik. Do wicelidera z Gdańska jechaliśmy jak na ścięcie, tymczasem spotkała nas miła niespodzianka. „Odra” wywiozła z gorącego terenu punkt. A mogło być jeszcze lepiej. Gdy w drugiej połowie pięknego gola zdobył Cyrys pojawiła się szansa na zwycięstwo. Niestety na dziesięć minut przed zakończeniem spotkania wyrównał Kamiński. Zdaniem obserwatorów tego meczu „Odra” była zespołem lepszym od zdobywców Pucharu Polski. Zabrakło łutu szczęścia. Był to prawdopodobnie najlepszy mecz naszej drużyny w rundzie wiosennej. W 18 kolejce potykaliśmy się na własnych śmieciach z sąsiadem w tabeli, „Zagłębiem” Lubin. Po znakomitym meczu w Gdańsku liczyłem na to, że zainkasujemy dwa punkty. Mój optymizm brał się również z tego, że jesienią rozbiliśmy „Zagłębie” na jego boisku 4:1. Tym razem spotkał nas srogi zawód. Po słabym meczu przegraliśmy 0:1. „Odra” znowu grała nierówno, a jej sytuacja w tabeli mocno się skomplikowała. Po trzech kolejkach rundy wiosennej zajmowaliśmy 12 miejsce, mając zaledwie dwa punkty przewagi nas strefą spadkową. Tydzień później nasza sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, ponieważ przegraliśmy ważny mecz w Gorzowie ze „Stilonem” 0:1. Niepokoiło nie tylko miejsce w tabeli, ale także kiepska gra. Coraz częściej pojawiały się zarzuty o brak ambicji. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Było to także widać po zachowaniu trenera Świerka. W następnym meczu wystąpiliśmy w w nieco innym składzie. Świerk niezadowolony z postawy Kapicy, Gany i Bolcka dał szansę ich zmiennikom. Nie wpłynęło to pozytywnie na postawę drużyny. Po mizernym widowisku pokonaliśmy „Arkę” 1:0. Gdynianie byli tylko cieniem drużyny, która jeszcze kilka lat wcześniej występowała w ekstraklasie. Nie potrafili nawet wykorzystać rzutu karnego. Nasza gra wyglądała kiepsko, ale cieszyły niezwykle cenne punkty. Złotą bramkę zdobył w pierwszej połowie Rogowski. W 21 kolejce zawitał do nas lider z Poznania. „Olimpia” pewnie przewodziła ligowej stawce i była głównym kandydatem do awansu. W Opolu nie potwierdziła jednak tych aspiracji. Wyraźnie lepszym zespołem była „Odra”, która praktycznie przez cały mecz miała wyraźną przewagę. Cóż z tego, skoro mecz zakończył się remisem. Wprawdzie w drugiej połowie, za sprawą Harasa, objęliśmy prowadzenie, jednak „Olimpia” po jednym z nielicznych ataków zdołała doprowadzić do remisu. Uczucie frustracji było w tej rundzie chlebem powszednim. Tydzień później zagraliśmy bardzo ważny mecz z „Piastem”, który był naszym sąsiadem w tabeli i także dramatycznie walczył o utrzymanie w II lidze. Niestety, ale z Gliwic nie napłynęły dobre wieści. Przegraliśmy 1:2. Honorową bramkę w drugiej połowie zdobył Cyrys, który znowu był wyróżniającym piłkarzem w naszych szeregach. Po 22 kolejce „Odra” zajmowała 11 miejsce z dorobkiem 19 punktów. Nasza przewaga nas strefą spadkową stopniała do jednego punktu. Kolejny mecz na Oleskiej zagraliśmy z „Zagłębiem” Wałbrzych. To spotkanie utkwiło mi w pamięci głównie za sprawą wyjątkowo niekorzystnej aury. Mniej więcej dwa dni przed meczem zaczęły się opady deszczu. Lało niemiłosiernie!Nie inaczej było w czasie meczu. Nie dziwi zatem fakt, że na stadionie pojawiła się tylko garstka kibiców. Gdy, jak zwykle, wstąpiłem po drodze po kolegę, z którym często chodziłem na mecze, ten zdziwił się, że w ogóle przyszło mi do głowy, aby w taką pogodę iść na mecz. Ostatecznie poszedłem sam. Zmokłem niemiłosiernie, ale nie żałowałem. „Odra” w drugiej połowie zagrała bardzo dobry mecz, a jego ozdobą była kapitalna bramka Rokitnickiego. Był to prawdziwy majstersztyk. Franek uderzył piłkę głową z odległości około 16 metrów od bramki. Wpadła ona w sam róg bramki strzeżonej przez Ciołka. Był to jeden z najpiękniejszych goli, jakie widziałem na Oleskiej. W sezonie 1983/1984 właśnie to trafienie najbardziej utkwiło mi w pamięci. Franek do siatki rywali trafiał niezwykle rzadko, jego zadania na boisku były nieco inne, tym bardziej warto podkreślić to niesamowite trafienie. Z kronikarskiego obowiązku – wygraliśmy 2:0, a pierwszą bramkę, znacznie mniej efektowną, po rykoszecie, zdobył Alfred Bolcek.

W 24 kolejce przyszło nam grać z naszą imienniczką z Wodzisławia. Udało mi się przekonać moją mamę, aby puściła mnie na ten mecz. W tamtych czasach połączenia autobusowe były o wiele lepsze niż obecnie. Do Wodzisławia spokojnie można było dojechać rano w niedzielę autobusem. Dzięki temu udało mi się zobaczyć to bardzo dobre spotkanie. Był to na pewno jeden z najlepszych meczów „Odry” w rundzie wiosennej. Wodzisławianie zajmowali wówczas trzecie miejsce w tabeli i nadal mieli realne szanse na awans do ekstraklasy. Gdy przybyłem na stadion okazało się, że na meczu jest także kilkunastoosobowa grupka kibiców z Opola. Zdziwiłem się, że nie było Cioły. Myślałem, że jeździ na wszystkie wyjazdy. Co ciekawe, w kolejnych latach często bywało tak, że Jurka nie spotykałem na obcych stadionach. Gdy w drugiej połowie meczu bramkę dla „Odry” zdobył Cyrys wydawało się, że zrobimy gospodarzom niezłego psikusa. Niestety, ale w końcówce zbyt mocno cofnęliśmy się pod swoją bramkę i na efekty nie trzeba było zbyt długo czekać. W 80 minucie wyrównał Franciszek Krótki, egzekwując skutecznie rzut karny. Prawdziwy dramat spotkał nas w ostatnich sekundach tego emocjonującego meczu, kiedy to zwycięską bramkę dla Wodzisławia zdobył Wolnik. Bardzo potrzebowaliśmy punktów, toteż ta strata była bardzo bolesna. Tydzień później graliśmy ważny mecz z warszawską „Gwardią”, która, podobnie jak my, walczyła o utrzymanie na drugoligowym froncie. Tym razem „Odra” wypadła bardzo blado. Mieliśmy ogromne problemy z wypracowaniem sobie klarownych sytuacji bramkowych. Opolanie grali wolno i schematycznie. „Gwardia” nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, ot, solidny zespół i nic więcej. Być może jedną z przyczyn bezbramkowego remisu było to, że ta ekipa wyjątkowo nam w tym czasie nie leżała. Na ogół przegrywaliśmy z nimi, czasami dość dotkliwie. 26 kolejka przyniosła kolejne istotne spotkanie dla losów „Odry”. Graliśmy na wyjeździe z „Celulozą”, która zajmowała przedostatnie miejsce w tabeli, jednak nadal miała szanse na utrzymanie. W tym czasie szczęście nam nie sprzyjało, choć nie sposób przyznać także, że popełnialiśmy te same błędy. Scenariusz meczu był niemal taki sam, jak w Wodzisławiu. Gola dla „Odry” ponownie zdobył Cyrys, choć tym razem już w pierwszej połowie. Nieszczęście spotkało nas w ostatnich minutach spotkania, kiedy to straciliśmy dwa gole po strzałach Białego. W świetle faktu, że walczyliśmy dramatycznie o utrzymanie ten wynik był prawdziwą katastrofą. Na cztery kolejki przed zakończeniem sezonu „Odra”, po raz pierwszy w rundzie wiosennej, znalazła się na miejscu oznaczającym spadek do III ligi. Zrobiło się naprawdę gorąco i nerwowo.

W 27 kolejce zawitał do nas outsider z Elbląga. Jego miejsce w tabeli nie było bynajmniej przypadkowe. „Olimpia” zagrała słabiutko, dzięki czemu „Odra” nie miała żadnych problemów z zainkasowaniem dwóch punktów. Wygraliśmy pewnie 3:0, dzięki bramkom zdobytym przez Bolcka, Cyrysa i Bąskę. Nie wiem czy w tym meczu „Olimpia” naprawdę była tak słaba czy też to „Odra” zagrała tak wyśmienite zawody. Faktem jest, że tym razem po zdobyciu gola nie spasowała i nadal zdecydowanie atakowała, dążąc do podwyższenia wyniku. Tym razem nie popełniła błędów z wyjazdowych potyczek z Wodzisławia i Kostrzyna. W 28 kolejce graliśmy kluczowy mecz dla naszych losów. Spotkanie z „Chemikiem”, który także walczył o zachowanie drugoligowego bytu, musiało przynieść nam choć jeden punkt. Niestety, ale stało się inaczej. „Odra” przegrała 0:2, a jej losy nie były już tylko w jej rękach. Do utrzymania mogły nawet nie wystarczyć nawet zwycięstwa w ostatnich dwóch kolejkach. Dlaczego przegraliśmy? Zabrakło kontuzjowanego Cyrysa, który na pewno przydałby się drużynie. Mecz rozgrywany był w bardzo ciężkich warunkach. Cały czas padał ulewny deszcz, murawa była w fatalnym stanie. W kilku sytuacjach zabrakło łutu szczęścia. W przedostatniej kolejce mierzyliśmy siły ze „Stalą Stocznia” Szczecin, która miała już zapewniony drugoligowy byt. Po dobrym i emocjonującym spotkaniu wygraliśmy w miarę pewnie 3:1 po golach Cyrysa, Bolcka i Harasa. Przed ostatnią kolejką sytuacja wyglądała tak, że praktycznie rzecz biorąc musieliśmy przywieźć dwa punkty z Jaworzna, aby zachować status drugoligowca. Wprawdzie „Odra” po 29 kolejce była na 11 miejscu, jednak „Gwardia” i „Chemik”, które były w tabeli tuż za nami grały u siebie mecze z drużynami, które o nic już nie walczyły. Znając polskie realia futbolowe trudno było liczyć na to, że nasi rywale zgubią punkty w takim momencie. Po pierwszej połowie meczu z „Victorią” był rezultat bezbramkowy. W drugiej połowie „Odra” miała trzy dogodne sytuacje do strzelenia gola. Niestety, ale Cyrys, Haras i Karpiński nie trafili do siatki rywala. W 69 minucie cios zadał nam Majcher i przegrywaliśmy 0:1. W końcówce spotkania wyrównał Gajda. Na więcej piłkarzy z Opola nie było już tego dnia stać. Zgodnie z przewidywaniami „Chemik” i „Gwardia” wygrały swoje mecze. Oznaczało to, że „Odra” zajęła trzynaste miejsce w tabeli, co było równoznaczne z degradacją do III ligi. Gdybym miał wskazać jeden z najczarniejszych momentów w swoim życiu, jeśli chodzi o sprawy sportowe, to z pewnością byłaby to chwila, w której prowadzący wiadomości sportowe w „Radiu Opole” obwieścił degradację naszej drużyny po remisowym meczu w Jaworznie. Ziścił się najczarniejszy scenariusz. Zabrakło nam jednego punktu! Tylko w rundzie wiosennej było co najmniej kilka spotkań, w których spokojnie mogliśmy pokusić się o zdobycie większej ilości punktów ( przede wszystkim mecze z „Odrą” Wodzisław i „Celulozą” Kostrzyn).

Marek Czakon - Odra Opole

Dlaczego w 1984 roku „Odra” spadła do III ligi? To szeroki temat. Nie sposób streścić go w kilku zdaniach. Na pewno warto się nad nim pochylić. Może kiedyś napiszę o tym więcej w innym tekście. Tuż po zakończeniu sezonu odbyła się konferencja prasowa w klubie. Działacze mówili dużo o złym przygotowaniu do sezonu i innych błędach trenera Świerka. Co ciekawe, sami piłkarze tuż po zakończeniu zmagań na drugoligowym froncie także narzekali na swojego trenera. Problem w tym, że wcześniej nikt nie zgłaszał zastrzeżeń. Stanisław Świerk w poprzednich klubach, w których pracował najczęściej odnosił sukcesy. Zaliczył kilka awansów („Moto-Jelcz” Oława, „Górnik” Wałbrzych, „Zagłębie” Lubin). Z „Widzewem” Łódź zdobył tytuł wicemistrza Polski. Żadem z prowadzonych przez niego klubów nie zaznał goryczy degradacji do niższej klasy rozgrywkowej. „Odra” Opole była pierwszym takim klubem. „Odra” zbierała żniwo różnych błędów , które były popełniane już pod koniec lat 70-tych. Brakowało profesjonalnych działaczy, opolskie przedsiębiorstwa z wolna odwracały się od klubu, skończyły się fikcyjne etaty w zakładach pracy (1980), szwankowała współpraca klubu z wspomnianymi zakładami patronackimi. Mając coraz bardziej ograniczone fundusze klub postawił na wyprzedaż czołowych zawodników. „Odrę” w latach 1977-1983 opuściło tylu zawodników, że można by z nich sklecić niemal trzy „jedenastki”. Klose, Kwaśniewski, Młynarczyk, Wójcicki, Król, Tyc, Misiowiec, Przenniak, Szczech, Adamiec, Korek, Morcinek i jeszcze długo można wymieniać… Sytuacja w Polsce w latach 1980-1981 mocno się zmieniła, tymczasem działacze klubu nie potrafili dostosować działalności klubu do specyfiki nowych czasów. Brakowało elastyczności, operatywności, a czasami wprost profesjonalizmu i wiedzy na temat zmian w strukturze prawa (to m.in. z tego powodu „Odra” straciła sporo pieniędzy na transferze Młynarczyka do „Widzewa”). Z pewnością do stabilizacji nie przyczyniały się częste zmiany na fotelu prezesa klubu. Po nieodżałowanym Feliksie Gruchale prezesi przychodzili i odchodzili (m.in. Holiński, Siedlecki, Karasiński). Często nowy pryncypał miał inną wizję funkcjonowania i rozwoju klubu. Trudno jednoznacznie ocenić, jakie były konsekwencje założenia we wrześniu 1980 roku w opolskim klubie niezależnego związku zawodowego (NSZZ „Solidarność”). Mogło to mieć wpływ na finansowanie klubu przez władze miejskie. Abstrahując od czynników politycznych, faktem jest, że pomoc na rzecz „Odry” z roku na rok była coraz mniejsza. Klub podejmował wprawdzie próby zarabiania na własne konto – takim pomysłem była choćby grupa remontowo-budowlana, która przynosiła pewne zyski. Było to jednak stanowczo za mało, jak na potrzeby klubu. Trzeba pamiętać o tym, że w1983 roku „Odra” nie była tylko klubem piłkarskim, w jej łonie funkcjonowało w sumie sześć sekcji. Potrzeby finansowe były więc niemałe. Jeśli chodzi tylko o sezon 1983/1984 to z pewnością jedną z istotnych przyczyn degradacji były nietrafione transfery. Zawodnicy, którzy trafili do „Odry” nie okazali się jej wzmocnieniem (np. Budziszewski, Rabenda, Karpiński), zdarzały się nawet przypadki, że dość szybko trafiali do drużyny rezerw (Pezda). Opolska młodzież, na którą tak liczono nie robiła spodziewanych postępów. Dobrze grał Cyrys, całkiem nieźle Kuter i Gruca, pozostali najczęściej nie spełniali pokładanych w nich nadziei. W wyniku tego niektórym podziękowano za grę (Malski, Babac). Z perspektywy czasu trudno nie zauważyć, że zbyt mało szans występów w pierwszej drużynie otrzymywał Marek Czakon, który w drużynie rezerw strzelał, jak na zawołanie. Wiosną „Odra” miała ogromne problemy ze zdobywaniem punktów w meczach wyjazdowych - w sumie udało jej się tylko wywalczyć dwa remisy z „Lechią” Gdańsk i „Victorią” Jaworzno. W tym ostatnim potrzebowała zresztą zwycięstwa, bo każdy inny wynik oznaczał de facto degradację. Za dużo punktów zgubiono na własnym terenie. Można było pokusić się o większe zdobycze w meczach z „Gwardią” Warszawa, „Zagłębiem” Lubin, „Olimpią” Poznań oraz drużyną z Oławy. „Odra” po raz pierwszy spadła do III ligi, stając się tym samym częścią piłkarskiej prowincji. W kolejnym sezonie przyszło nam oglądać mecze z drużynami, o których część kibiców nigdy nie słyszała („Stal” Chocianów, WKS Wieluń, „Lechia” Piechowice, „Piast” Nowa Ruda).

Wspomnienia spisał: Aleksander Filipowski - wieloletni kibic opolskiej Odry

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online