Moja przygoda z Odrą Opole 1981 Gdy w sierpniu 1981 roku rozpoczynały się rozgrywki II ligi wierzyłem w to, że pobyt „Odry” na drugim froncie potrwa tylko rok. Od początku było jednak wiadomo, że o awans będzie bardzo trudno. II liga była wtedy podzielona na dwie grupy – ich zwycięzcy uzyskiwali awans do ekstraklasy. „Odra” trafiła do grupy pierwszej - „zachodniej”. Często mówiło się wtedy o niej, że jest nieco silniejsza od „wschodniej”. Nie to było jednak najważniejszym problemem.

W klubie stopniowo narastał kryzys organizacyjny, budżet stale się kurczył, brakowało prężnych i profesjonalnych działaczy, władze partyjne w znacznie mniejszym stopniu wspierały działalność „Odry”. Czasy prezesa Gruchały były już tylko miłym wspomnieniem. Wiosną 1981 roku deficyt klubu sięgnął 8 mln złoty. Brakowało pieniędzy na wypłaty dla pracowników klubu, w tym także piłkarzy. Wierzyciele w coraz bardziej zdecydowany sposób domagali się zwrotu pieniędzy. W owym czasie „Odra” nie mogła już liczyć na finansowanie ze strony opolskich zakładów pracy, gdyż taka praktyka została zarzucona w dobie ostrego kryzysu gospodarczego. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że działacze nastawili się na masową wyprzedaż piłkarzy. Po spadku z ekstraklasy z klubu odeszło wielu zawodników, często odgrywających pierwszoplanową rolę w zespole. Warto ich przypomnieć: Wojciech Tyc (wyjazd za granicę do drugiej ligi francuskiej – FC Valenciennes), Józef Adamiec („Lech” Poznań), Jan Szczech („Piast” Gliwice), Mirosław Misiowiec („Piast” Gliwice), Andrzej Przenniak („Zagłębie” Sosnowiec), Zbigniew Gano (ROW Rybnik), ponadto trzeba jeszcze wspomnieć o Andrzeju Marcolu (ciężka kontuzja w pucharowym meczu z „Legią” w czerwcu 1981 roku ). W czasie letniej przerwy mówiło się także o odejściu Bolcka. Katowicki „Sport” donosił nawet, że nasz napastnik trafi do mieleckiej „Stali”. Krążyły również pogłoski, jakoby interesowało się nim „Zagłębie” Sosnowiec. Na szczęście ostatecznie Fredek pozostał na Oleskiej. Najwięcej pieniędzy do kasy klubowej wpłynęło za transfer Adamca. Była to znacznie większa kwota niż w przypadku transferu Młynarczyka z 1980 roku. Ubytki uzupełniono juniorami oraz Józefem Szczepaniakiem, którego pozyskano z „Moto-Jelcz” Oława.

Kadra rozpoczynająca zmagania w II lidze była wyraźnie słabsza od tej z feralnego sezonu 1980/1981, gdy okazaliśmy się zdecydowanie najsłabszą drużyną w ekstraklasie. Po odejściu Grzegorza Polakowa trenerem drużyny został Wiesław Łucyszyn, któremu w pracy pomagał asystent Ireneusz Browarski. Ten pierwszy przed sezonem wypowiadał się bardzo ostrożnie. Wedle niego „Odra” miała być ligowym średniakiem, choć po cichu liczył na to, że włączy się do walki o awans. Moje podejście do tematu było bardziej optymistyczne. Czas pokazał, że rację miał trener Łucyszyn, który realnie ocenił możliwości drużyny. Skąd brał się mój umiarkowany optymizm przed sezonem? „Odra” zazwyczaj po degradacji szybko wracała do piłkarskiej elity. Wtedy normą było to, że graliśmy w ekstraklasie. Ponadto runda wiosenna była w wykonaniu naszych piłkarzy nieco lepsza niż wyjątkowo kiepska jesień, kiedy to wygraliśmy zaledwie jedno spotkanie. Mój optymizm był niestety w niemałym stopniu pochodną niewiedzy. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, jak głęboki kryzys dotknął „Odrę”. Owszem, wszyscy widzieliśmy, co się dzieje, w prasie opolskiej można było trochę o tym poczytać, jednak to, jak głęboki jest ten kryzys zdaliśmy sobie w pełni sprawę dopiero później. Przed sezonem nie było zdecydowanego faworyta ligi. Dziennikarze pisali zazwyczaj o takich drużynach jak: „Odra”, GKS Katowice, aspiracje zgłaszało „Zagłębie” Wałbrzych, dość silną kadrę miał „Stilon” Gorzów. Wiesław Łucyszyn wymieniał także GKS Tychy, ROW Rybnik i „Lechię” Gdańsk. W tym ostatnim przypadku mocno się pomylił, ponieważ gdańszczanie nie tylko nie awansowali, ale zaliczyli spadek do III ligi. Sezon 1981/1982 pamiętam bardzo dobrze. Byłem chyba na wszystkich spotkaniach, które graliśmy na Oleskiej. W tamtym czasie „Odra” była już ważną częścią mojego życia. Biorąc pod uwagę cały ten sezon to mam mieszane uczucia. Z jednej strony była to wspaniała przygoda. Regularnie uczęszczałem na mecze, śledziłem informacje na temat klubu w lokalnej prasie oraz w innych gazetach sportowych. Z drugiej, jesienią gra naszej drużyny oraz osiągane wyniki nie były do końca satysfakcjonujące, co gorsza, wiosną wyglądało to już naprawdę źle. Zacznijmy jednak od początku...

Już w pierwszej kolejce miała nastąpić weryfikacja wartości naszej drużyny. Przyszło nam potykać się z jednym z głównych kandydatów do awansu - GKS-em. W Katowicach długo utrzymywał się bezbramkowy remis, jednak ostatecznie to gospodarze zdobyli zwycięską bramkę. Już na starcie przyszło nam zatem przełknąć gorzką pigułkę. W następnych meczach „Odrze” szło jak po grudzie. Gdy w drugiej kolejce przyjechała do nas „Olimpia” byłem przekonany, że odniesiemy pewne zwycięstwo. Na starcie poznaniacy przegrali u siebie gładko z ROW-em Rybnik 1:3 (w tym sezonie w jego barwach grał nasz obecny trener Jan Furlepa). Mimo, że przez cały mecz mieliśmy ogromną przewagę niewiele z niej wynikało. Z tego spotkania najlepiej zapamiętałem golkipera „Olimpii” Jerzego Bzdęgę, który dosłownie dwoił się i troił w swojej bramce. To przede wszystkim jemu zawdzięczali goście szczęśliwy remis 1:1. Strasznie mnie ten mecz sfrustrował. Ludzi na trybunach było bardzo mało, może nieco ponad tysiąc. W trzeciej kolejce graliśmy ponownie u siebie. Tym razem przyjechał do nas GKS Tychy. Kolejny mecz i kolejny zawód. Znowu tylko remis 1:1 po przeciętnej grze, aczkolwiek trzeba przyznać, że tyszanie zaprezentowali się lepiej niż „Olimpia”. Niepokój zaczął narastać, bo gra drużyny wyraźnie się nie kleiła. Niby miała przewagę na boisku, tyle że nic z niej nie wynikało. Wyraźnie zauważalne było osłabienie w ofensywie (Tyc, Przenniak, Misiowiec). „Odra” nie ściągnęła na ich miejsce nowych, wartościowych napastników, stąd luki były aż nadto widoczne. Trener Wiesław Łucyszyn wpadł na ciekawy pomysł, otóż przesunął do ataku Wieśka Korka. Manewr wypalił nadspodziewanie dobrze już w meczu z GKS Tychy, który wymykał nam się z rąk po bramce Komornickiego. Na szczęście w jego końcowej fazie wyrównał Bolcek. W następnym tygodniu zaledwie zremisowaliśmy na wyjeździe ze słabiutką „Uranią” Ruda Śląska. Wyrównującego gola dosłownie w ostatnich sekundach strzelił Korek, który w tym sezonie był jednym z najbardziej bramkostrzelnych napastników w II lidze. Szczególnie imponował świetną grą głową, strzelając w ten sposób niemało bramek. Po czterech kolejkach zajmowaliśmy ex aequo miejsca 12-13, nie mając jeszcze w swoim dorobku żadnego zwycięstwa! Przełamanie przyszło w kolejnym meczu na Oleskiej z silną „Stalą Stocznia” Szczecin. Zwyciężyliśmy pewnie 3:1 i był to z pewnością jeden z najlepszych meczów „Odry” w rundzie jesiennej. Przede wszystkim mogła się podobać druga połowa i efektowne bramki naszej drużyny. Gdy wydawało się, że najgorsze już za nami spotkał nas zimny prysznic. Po fatalnej grze przegraliśmy z beniaminkiem „Gryfem” Słupsk aż 1:4. Po sześciu kolejkach „Odra” zajmowała 13 miejsce, które oznaczało na końcu sezonu spadek do III ligi. To już była nieomal katastrofa.

Po kiepskiej pierwszej fazie sezonu przyszły wreszcie lepsze dni dla „Odry”. Od 7 do 12 kolejki poczynaliśmy sobie lepiej niż dobrze. Liczby mówią w zasadzie wszystko – 5 zwycięstw, 1 porażka, bilans bramek 12:2. W tym czasie zanotowaliśmy awans w tabeli aż o dziesięć pozycji, doszlusowując do ścisłej czołówki. „Odra” znowu liczyła się zatem w walce o awans do ekstraklasy! Przełamanie nastąpiło w meczu z „Piastem” Gliwice. W tamtym czasie gliwiczanie byli dla nas niewygodnym rywalem. Szalikowcy obydwu drużyn, delikatnie rzecz ujmując, nie darzyli się specjalną sympatią. Bodaj z żadnym innym klubem drugoligowym nasi nie mieli tak na pieńku, jak z nimi. Kilka lat później w czasie meczu wyjazdowego z „Carbo” Gliwice o mało nie doświadczyłem tego na własnej skórze, ale o tym przy innej okazji (kłania się trzecioligowy sezon 1984/1985). Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:1, jednak po przerwie na boisko wyszła inna „Odra”. Wreszcie zagraliśmy z polotem i, co najważniejsze, skutecznie. Wszystkie gole zostały strzelone głową po ładnych zespołowych akcjach (Morcinek i dwa Korek). Taką „Odrę” chciało się oglądać w każdym meczu. To było bodaj nasze najlepsze 45 minut w tym sezonie. Zwycięstwo 3:1 pozwoliło odbić się od dna i z większym optymizmem patrzeć w przyszłość. Co ciekawe, w drużynie „Piasta” zagrało aż trzech byłych zawodników „Odry”: Szczech, Misiowiec i Kabat. Szczególnie podobał się znakomicie dysponowany tego dnia Szczech.

KIbice Odry Opole

W następnej kolejce „Odra” poszła za ciosem zwyciężając na wyjeździe beniaminka ze Stargardu Szczecińskiego. Nie był to łatwy mecz. „Błękitni” pokazali się z dobrej strony, jednak nasza drużyna zagrała uważnie w obronie, nie popełniając większych błędów. Zwycięską bramkę zdobyliśmy dopiero pod koniec spotkania za sprawą Szczepaniaka. Potwierdzeniem rosnącej formy był mecz ze „Stilonem”, który w tym czasie usadowił się w czołówce tabeli. Sprawę ułatwił nam fatalny błąd jednego z gorzowskich obrońców na początku spotkania, który wykorzystał Szpila. Po objęciu prowadzenia kontrolowaliśmy grę. W drugiej połowie dołożyliśmy jeszcze jedną bramkę i było pozamiatane. W sumie był to jeden z ciekawszych meczów w tej rundzie. Piękna pogoda, na trybunach wreszcie zasiadło nieco więcej ludzi. Zaczynało to wyglądać coraz lepiej. Po dziewięciu kolejkach byliśmy już na trzecim miejscu w tabeli. Powiało optymizmem. W dziesiątej kolejce doszło do meczu na szczycie, graliśmy bowiem na wyjeździe z rewelacyjnym beniaminkiem, który był wówczas na pierwszym miejscu w tabeli. Po zaciętym meczu niestety przegraliśmy w Bielsku- Białej 0:1. Złotą bramkę dla gospodarzy zdobył najlepszy ich piłkarz Jan Kurzok. „Odra” zagrała dobre zawody, tym razem zabrakło trochę szczęścia i precyzji (strzał Szpili w słupek, dwie niewykorzystane sytuacje sam na sam Szczepaniaka). Nie bez wpływu na grę „Odry” była kontuzja Morcinka we wczesnej fazie meczu. Korek musiał zastąpić pechowca w bloku obronnym, co mocno osłabiło nasz potencjał w ofensywie. Potwierdzeniem dobrej formy drużyny był pojedynek z „Lechią” Gdańsk. Było lekko, łatwo i przyjemnie. „Odra” pewnie wygrała 4:0. Już po dziesięciu minutach prowadziliśmy 2:0 po bramkach Olesiaka i Korka. W drugiej połowie kolejne trafienia dołożyli Szczepaniak i Maślanka. „Lechia” zaprezentowała się w tym spotkaniu bardzo słabo. Był to jeden z najsłabszych zespołów, jaki było mi dane zobaczyć w tym sezonie. Następna kolejka to ponownie potyczka z drużyną z Gdańska, tym razem „Stoczniowcem”. „Odra” wywiozła znad morza dwa punkty po pewnej wygranej 2:0. Wedle miejscowych kibiców opolanie byli najlepszą drużyną drugoligową, jaka pojawiła się w tym sezonie w Gdańsku. Znad Bałtyku powiało optymizmem. Po dwunastej kolejce powróciliśmy ponownie na trzecie miejsce ze stratą dwóch punktów do lidera z Katowic i jednego do wicelidera z Bielska-Białej. W tym czasie sytuacja w kraju była już bardzo ciężka. Zbliżał się nieubłaganie stan wojenny. W sklepach pustki, wśród ludzi panowało ogromne napięcie, atmosfera wyczekiwania. Pamiętam, że po tej kolejce spotkań nie udało mi się kupić nie tylko „Sportu”, ale nawet „Trybuny Opolskiej”. Najwyraźniej ograniczono nakład gazet. Obszedłem chyba kilkanaście kiosków. Bez rezultatu. No cóż, takie to były wtedy czasy. Potwierdzeniem dobrej formy drużyny był mecz 1/16 Pucharu Polski, który „Odra” rozegrała na wyjeździe z rewelacyjnym liderem ekstraklasy „Pogonią” Szczecin. Do rozstrzygnięcia zawodów potrzebna była dogrywka. W 104 minucie meczu gola zdobył Korek, zdaniem obserwatorów, jak najbardziej prawidłowego, jednak arbiter dopatrzył się spalonego, nie konsultując nawet swojej decyzji z liniowym. Siłą rzeczy doszło do ożywionej dyskusji, w którą wdali się ze „sprawiedliwym” nasi zawodnicy. Gospodarze skorzystali z zamieszania, szybko zainicjowali akcję, którą wykończył skutecznie Turowski.

Na początku listopada rozegraliśmy bardzo ważny mecz z „Zagłębiem” Wałbrzych. Nasi rywale zajmowali wówczas czwarte miejsce, mając tyle samo punktów co „Odra”. Na Oleskiej pojawiła się kilkunastoosobowa grupka kibiców z Wałbrzycha, dopingując swoich pupilów (usadowili się dokładnie w tym miejscu, gdzie obecnie dzieli i rządzi nasz klub kibica – kłania się sektor A) . Wspominam o tym dlatego, ponieważ wizyty kibiców gości były w tym sezonie rzadkością. Najczęściej nie przyjeżdżał nikt, ewentualnie sytuacja wyglądała tak, jak w przypadku tego spotkania. Jeśli chodzi o naszych kibiców to w tym czasie doping był dość mizerny. Nasz młyn był mało okazały. Często zdarzało się tak, że dopingu nie było wcale. Wśród szalikowców coraz większą rolę zaczął odgrywać Jurek Ciołka, czyli po prostu „Cioła”, bo tak wszyscy na niego mówili. Bardzo długo nie wiedziałem, jak ma on na nazwisko, mimo tego, że mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy i bardzo często spotykałem go na ulicy. Z chłopakami z „młyna” nie miałem w zasadzie nigdy bliższych kontaktów. „Ciołę” lubiłem, bo był sympatyczny i zabawny. Wracając do meczu z „Zagłębiem”. Początek był dla nas wręcz wymarzony. Wiesiu Korek w typowy dla siebie sposób zdobył piękną bramkę głową i wydawało się, że to my mamy wszystkie atuty w ręku. Niestety, ale w 39 minucie spotkania wyrównał obrońca Zagłębia, Jerzy Dryś. Gra Drysia przypadła mi do gustu. Moim zdaniem był to najlepszy piłkarz tego spotkania. Jak na obrońcę był niezwykle bramkostrzelny (w całym sezonie dziewięciokrotnie trafiał do siatki rywala). Stoper „Zagłębia” miał patent na „Odrę”, bowiem w 1974 roku, gdy jeszcze jako młodzieniec debiutował w ekstraklasie strzelił nam gola. W sumie był to typowy mecz na remis. W końcówce szczęście uśmiechnęło się do gości, którzy za sprawą Urbanowicza zadali nam nieoczekiwany cios. Była to pierwsza porażka „Odry” na Oleskiej w tym sezonie. W 14 kolejce przyszło się nam potykać z inną drużyną z Wałbrzycha. Tym razem był to „Górnik”, który na początku sezonu zaliczył falstart i był „czerwoną latarnią”. Od momentu zmiany trenera, gdy Józefa Majdurę zastąpił Horst Panic wałbrzyszanie zaczęli często punktować i szybko wydostali się ze strefy spadkowej. Opolanie zrehabilitowali się po wpadce z „Zagłębiem” odnosząc zwycięstwo 1:0. Złotą bramkę zdobył w samej końcówce pierwszej połowy Korek. Opolanie rozegrali dobre zawody i ponownie zgłosili pierwszoligowe aspiracje. Ostatni mecz jesienią rozegraliśmy na własnym stadionie z rybnickim ROW-em. Niestety ponownie musieliśmy przełknąć gorzką pigułkę. W dość pechowych okolicznościach zaledwie zremisowaliśmy z ligowym średniakiem. W kilku newralgicznych momentach spotkania gościom wyraźnie sprzyjał arbiter, dyktując przeciw „Odrze” bardzo wątpliwy rzut karny, jednocześnie dwukrotnie nie zauważył ewidentnych zagrań ręką obrońców rybnickich na własnym polu karnym. Po rundzie jesiennej liderem był rewelacyjny beniaminek z Bielska-Białej z dorobkiem 20 punktów. „Odra” skończyła zmagania w tej fazie na piątym miejscu, tracąc do lidera dwa punkty. Sytuacja nie wyglądała źle, tym bardziej, że w rundzie rewanżowej naszych najgroźniejszych rywali mieliśmy podejmować na własnym stadionie (BKS i GKS Katowice). Wydawało się więc, że awans jest ciągle w zasięgu naszych piłkarzy, tym bardziej że niemało osób uważało, że beniaminek z Bielska-Białej wiosną dostanie zadyszki. Najgroźniejszym rywalem zdawał się być katowicki GKS.

W czasie przerwy zimowej doszło do kilku zmian w kadrze zespołu. Do „Śląska” odszedł Roman Gajda, po dłuższej kontuzji treningi wznowił Tadeusz Podgórny, prawdziwą rewelacją było natomiast pojawienie się Zbigniewa Kwaśniewskiego, który powrócił z francuskiego Chateauroux. Z tym ostatnim opolscy kibice wiązali ogromne nadzieje. Już w pierwszej kolejce wiosennej przyszło naszym się potykać z naszym głównym rywalem. Pogoda była ładna, jednak murawa w wyniku stosunkowo niskiej temperatury była w nie najlepszym stanie. Atrakcyjny rywal, odpowiednia aura, optymistyczne rokowania przed rozpoczęciem rundy, powrót Kwaśniewskiego – wszystko to sprawiło, że na Oleskiej pojawiło się sporo kibiców, około pięć tysięcy – był to rekord frekwencji w całym sezonie. Mecz był całkiem niezły, szczególnie w drugiej połowie, gdy „Odra” zdecydowanie zaatakowała i zepchnęła katowiczan do obrony. GKS ewidentnie przyjechał do Opola po jeden punkt i swój cel bardzo konsekwentnie realizował. Katowiczanie słynęli wówczas z doskonałej obrony - grali w niej m.in. Wijas i Piekarczyk, poza tym w bramce mieli bardzo doświadczonego Franciszka Sputa, który był bodaj najlepszym bramkarzem na drugim froncie. GKS w tym sezonie wyśrubował fantastyczny wynik, nie tracąc bramki przez 1055 minut! Jest to do dnia dzisiejszego rekord klubowy. Śrubowanie owego rekordu zaczęło się właśnie od tego spotkania na Oleskiej. W sumie ekipa Jerzego Nowoka wiosną straciła tylko dwie bramki! Wynik 0:0 był dla mnie rozczarowaniem, liczyłem bowiem na to, że uda nam się zrewanżować rywalom za minimalną porażkę w pierwszej kolejce rundy jesiennej. W drugiej serii wiosennych potyczek zanotowaliśmy kolejny remis. Tym razem na wyjeździe z poznańską „Olimpią” 1:1. Trzecia kolejka zmagań to kolejny wyjazd, tym razem graliśmy na boisku GKS Tychy i niestety spotkał nas zimny prysznic. Porażka 1:2 to głównie wynik błędów popełnionych w pierwszej połowie, którą nasi zawodnicy przegrali 0:2. Po 18 meczach „Odra” znajdowała się na 6 miejscu i traciła do lidera z Bielska-Białej już 4 punkty. I liga zaczęła się coraz bardziej oddalać. Tydzień później rozbiliśmy na własnym stadionie „Uranię” Ruda Śląska aż 6:0. To był bardzo przyjemny mecz. „Odra” przejechała się po rywalu niczym walec. Już do przerwy prowadziliśmy 4:0. „Urania” była zdecydowanie najsłabszym zespołem, jaki widziałem w tym sezonie. Nie mogłem nadziwić się, jak to możliwe, że jesienią zaledwie zremisowaliśmy na ich boisku. Wydawało się, że Korek i jego koledzy wreszcie złapali formę i rozpoczną marsz w górę tabeli. Niestety był to tylko łabędzi śpiew „Odry”.

Następne trzy kolejki były wręcz tragiczne – nie zdobyliśmy w nich nawet jednego punktu! „Stal Stocznia” Szczecin rozbiła nas nieoczekiwanie już w pierwszej połowie, która przegraliśmy 0:3. Skończyło się na honorowej porażce 1:3. Następnie na własnym boisku ulegliśmy beniaminkowi ze Słupska 1:2. W tym spotkaniu nasza gra wyglądała nieciekawie. O ile w pierwszej remisowej połowie jeszcze można było łudzić się, że „Odra” przełamie niemoc, to już kolejne trzy kwadranse były po prostu kiepskie. Drużyna „Gryfa” bardzo mi się podobała, szczególnie szybkie wyprowadzanie kontrataków. Zdecydowanie najlepszym zawodnikiem na boisku był Zbigniew Zasiński, który pogrążył nas w drugiej połowie po ładnej indywidualnej akcji. Był to jeden z najlepszych piłkarzy, jakich widziałem w tym sezonie na Oleskiej. W 22 kolejce przyszła porażka z „Piastem” w Gliwicach 2:3. „Odra” spadła na 9 miejsce w tabeli. Do lidera z Bielska-Białej traciliśmy już 7 punktów. O awansie nikt w Opolu już nawet nie marzył. W rundzie jesiennej mieliśmy różne zastrzeżenia do gry zawodników. Irytowały szczególnie punkty tracone na własnym stadionie z przeciętniakami oraz słabe wyniki w meczach z beniaminkami. Generalnie rzecz biorąc nie było jednak źle, wszak „Odra” liczyła się poważnie w walce o awans. Na wiosnę nasza gra była bezbarwna. Mecze przeciętne były przeplatane słabymi, z rzadka można było zobaczyć przebłyski interesującej gry. Zawodnikom brakowało szybkości, nie najlepsza była także ich kondycja. Czyżby w grę wchodziły błędy popełnione w czasie przygotowań zimowych? W 23 kolejce rozegraliśmy jedno z najgorszych spotkań na własnym stadionie w całym sezonie. Przyjechał do nas słabiutki beniaminek ze Stargardu Szczecińskiego. Idąc na to spotkanie liczyłem bardzo na to, że „Odra” odkuje się nieco za ostatnie niepowodzenia i zaaplikuje rywalom przynajmniej trzy bramki. Po wyjątkowo kiepskim widowisku zaledwie zremisowaliśmy 1:1. De facto była to nasza porażka. Z tego spotkania w pamięci pozostała mi tylko kapitalna indywidualna akcja Wiesława Wragi z drugiej połowy, zakończona bramką dla gości. Wraga pokazał się w tym meczu z jak najlepszej strony. W następnym sezonie trafił do „Widzewa”, w którym spisywał się znakomicie Starzy kibice pamiętają z pewnością jego fantastyczną bramkę w meczu z „Liverpoolem”, zdobytą strzałem głową z odległości około 16 metrów. Były to czasy największej świetności „Widzewa”, który w pucharach ogrywał największe europejskie potęgi.

Odra walczy o awans do II ligi

Po dłuższym okresie niepowodzeń przyszło przełamanie w Gorzowie. „Odra” niespodziewanie wygrała 1:0 z jednym z głównych kandydatów do awansu. Dla „Stilonu” był to poważny cios, ponieważ znacznie zredukował swoje szanse na zwycięstwo w rozgrywkach na drugim froncie. Zwycięską bramkę dla „Odry” zdobył w drugiej połowie Szczepaniak po podaniu Morcinka. W 25 kolejce zawitał do nas rewelacyjny beniaminek. BKS nadal był liderem i miał spore szanse na awans do ekstraklasy. Był to z pewnością najciekawszy mecz, jaki obejrzeliśmy wiosną 1982 roku na Oleskiej. Obydwa zespoły zaprezentowały ciekawy futbol. Bielszczanie nie przyjechali do Opola z tak defensywnym nastawieniem, jak GKS Katowice, dzięki temu mieliśmy sposobność zobaczyć wiele podbramkowych sytuacji. Gdy w drugiej połowie Szczepaniak strzałem głową wyprowadził nas na prowadzenie 2:1 wydawało się, że zdołamy pokusić się o zwycięstwo. W tym momencie dał o sobie znać najlepszy snajper drugiego frontu w grupie „zachodniej” Jan Kurzok, który w niezwykle trudnej sytuacji zdobył bramkę głową. Piłka wylądowała w samym okienku świątyni Huberta Kapicy, który nie miał najmniejszych szans na skuteczną interwencję. Była to bez wątpienia jedna z najpiękniejszych bramek tego sezonu na Oleskiej. Skończyło się na remisie 2:2. Ponieważ GKS Katowice wygrał z „Uranią” 1:0 wyprzedził w tabeli beniaminka. Stracony punkt przez bialską drużynę miał swoje poważne konsekwencje. GKS nie oddał już przodownictwa w tabeli. Na końcu sezonu Kurzokowi i jego kolegom zabrakło do awansu… jednego punktu. Szkoda. W tej batalii o ekstraklasę kibicowałem beniaminkowi, którego gra znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Wkrótce miało się okazać, że były to początki świetności katowickiej drużyny, tymczasem BKS w przyszłym sezonie nieoczekiwanie zajął ostatnie miejsce w tabeli grupy „wschodniej” i ponownie powrócił do III ligi. W następnej kolejce „Odra” jeszcze raz udowodniła, że wiosną przeżywa wyraźny regres formy. Porażka 1:3 ze słabą „Lechią” Gdańsk, która już wkrótce miała spaść do III ligi, była kolejnym rozczarowaniem dla kibiców. Co ciekawe, do przerwy nasza drużyna po dobrej grze prowadziła 1:0 po bramce niezawodnego Korka. Druga połowa była jednak fatalna – w ciągu 14 minut straciliśmy trzy gole. I pomyśleć, że jeszcze jesienią z tą samą „Lechią” wygraliśmy gładko 4:0. Następny mecz i kolejny zawód – bezbramkowy remis na własnych śmieciach ze słabiutkim „Stoczniowcem” Gdańsk. Mecze z tego okresu były smutnymi wydarzeniami. Na Oleską chodziła już tylko garstka najwierniejszych kibiców. Piłkarze grali na ogół słabo, brakowało dopingu, ludzie na trybunach pomstowali na grę niebiesko-czerwonych, wspominając czasy nieodległej jeszcze świetności. Na początku rundy wiosennej mało kto przypuszczał, że nasi piłkarze będą raczyć nas takimi „widowiskami”, jak mecze z „Błękitnymi” i „Stoczniowcem”. W 28 kolejce zmagań „Odra” zrehabilitowała się po części, odnosząc niespodziewane zwycięstwo na wyjeździe z „Zagłębiem” Wałbrzych 1:0. Złotą bramkę zdobył w 40 minucie Alfred Bolcek. Jeszcze raz potwierdziło się, że w tym sezonie „Zagłębie” znacznie lepiej radzi sobie w meczach wyjazdowych. W tym kontekście nie dziwi fakt, że wygrali oni jesienią (jako jedyni!) w Opolu, ulegając na własnym boisku przeciętnie grającej w tym spotkaniu „Odrze”. W ostatnim meczu sezonu 1981/1982 na Oleskiej ponownie spotkał nas zawód. „Odra” uległa „Górnikowi” Wałbrzych 1:2. Wprawdzie na początku drugiej połowy Bolcek zdołał jeszcze wyrównać na 1:1, jednak decydujący cios zadali goście za sprawą Kosowskiego, który w 68 minucie ustalił wynik spotkania. W ostatnim meczu sezonu „Odra” odniosła zwycięstwo 2:1 w Rybniku, pokonując tamtejszy ROW. Do przerwy prowadziliśmy 1:0, dzięki trafieniu Babaca. W drugiej połowie gole padały już tylko z rzutów karnych. Najpierw skutecznym egzekutorem okazał się Franciszek Krótki (tak, tak, to ten pan, który w przyszłości zasiądzie na ławce trenerskiej naszego zespołu), kilkanaście minut później podobnie uczynił Mariusz Malski. Ostatni akord sezonu był udany. Opolanie zaprezentowali się w Rybniku korzystnie. Szczególnie cieszył fakt, że dobrze wypadła opolska młodzież (Babac, Malski).

Sezon 1981/1982 trudno uznać za udany. W momencie, gdy II liga rozpoczynała swoje rozgrywki liczyliśmy na to, że „Odra” pokusi się o powrót na boiska ekstraklasy. Od razu było wiadomo, że nie będzie łatwo, co zresztą wyraziście pokazały już pierwsze ligowe kolejki. Jeszcze po zakończeniu rundy jesiennej można było być umiarkowanym optymistą. „Odra” utrzymywała się w czołówce tabeli, tracąc niewiele punktów do lidera. Runda wiosenna brutalnie pozbawiła nas złudzeń. Bez wątpienia naszym najlepszym zawodnikiem w sezonie 1981/1982 był Wiesław Korek. Strzelił w sumie 12 bramek, co dało mu piąte miejsce na liście najlepszych snajperów w grupie „zachodniej” II ligi. Mocnym punktem drużyny był solidny Franciszek Rokitnicki, wyróżniali się także Bolcek i Morcinek, aczkolwiek Alfred bez wątpienia najlepsze swoje lata miał już za sobą. W rundzie jesiennej bardzo korzystnie prezentował się Olesiak, niestety, ale wiosną było już nieco gorzej. Dość chimeryczny był Szczepaniak. Był wprawdzie jednym z najlepszych strzelców w drużynie, jednak często raził brakiem skuteczności. Jan Kawka jesienią trapiony był kontuzjami, wiosną gdy wydobrzał na dobre prezentował się bardzo solidnie w grze defensywnej. Hubert Kapica bronił nieźle, nie notował jakichś spektakularnych wpadek, prezentował dość równą formę, aczkolwiek muszę przyznać, że na tle innych drugoligowych golkiperów jakoś specjalnie się nie wyróżniał. Gra innych zawodników jakoś szczególnie nie utkwiła mi w pamięci. „Odra” skończyła sezon jako ligowy średniak. Zajęła ostatecznie 9 miejsce z dorobkiem 31 punktów, posiadając dość korzystny bilans bramkowy 44:35. Co ciekawe, nasza drużyna zdobyła w rozgrywkach aż 10 bramek więcej niż zwycięzca ligi GKS Katowice. Drużyna Sputa, Piekarczyka i Furtoka imponowała jednak skuteczną grą w defensywie, co okazało się kluczem do sukcesu. „Odra” nie najlepiej prezentowała się na swoim boisku. W 15 spotkaniach zdobyła zaledwie 17 punktów. Na Oleskiej komplet punktów zdobyliśmy tylko w 5 spotkaniach! Wiosną ten bilans był wręcz fatalny – 1 zwycięstwo, 4 remisy i 2 porażki. W meczach wyjazdowych wygraliśmy sześciokrotnie (najbardziej cieszyły 2 punkty zdobyte w Wałbrzychu w pojedynkach z „Zagłębiem” i „Górnikiem” oraz w Gorzowie ze „Stilonem”). 9 miejsce w tabeli przyjąłem jako porażkę, jednak w sezonie 1982/1983 o bezpiecznym miejscu w środku tabeli mogliśmy już tylko pomarzyć, a degradacji do III ligi uniknęliśmy tylko dzięki znakomitej postawie w ostatnich kolejkach.

Wspomnienia spisał: Aleksander Filipowski - wieloletni kibic opolskiej Odry

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online