Opolscy olimpijczycy Letnie Igrzyska Olimpijskie w Monachium kojarzą nam się przede wszystkim z wielkim sukcesem polskich piłkarzy, prowadzonych do złotego medalu przez – nieodżałowanej pamięci - Kazimierza Górskiego. Były to również historyczne igrzyska dla opolskich reprezentantów, którzy nie mogli się do tej pory pochwalić jakimś większym sukcesem olimpijskim. Z szóstki sportowców, wywodzących się z Opolszczyzny, aż czwórka z nich wracała nad Wisłę z medalem.

Pierwszy historyczny medal olimpijski dla regionu opolskiego był dziełem Edwarda Barcika (29 sierpnia 1972 r. – red.), reprezentanta „Zielonych” Opole. W wyścigu szosowym na 100 km (drużynowo: Ryszard Szurkowski, Lucjan Lis, Edward Barcik, Stanisław Szozda) polska drużyna została pokonana jedynie przez ekipę ZSRR. Można rzec, że na równi z nim pierwszy „opolski” krążek wywalczył  (w tej samej dyscyplinie) wychowanek LZS „Zarzewie” Prudnik – Stanisław Szozda – który na swoje ''nieszczęście'' reprezentował wówczas barwy warszawskiej „Legii” i jego medal można jedynie połowicznie wpisać w poczet sukcesów olimpijczyków z Opolszczyzny.

Kolejny sukces przyszedł 4 września 1972 r. W kolarstwie torowym (sprint 2.000 m w tandemach) zwycięstwo odnieśli zawodnicy ZSRR, przed Niemcami Zachodnimi i… Polską (skład: Andrzej Bek i Benedykt Kocot). Jako ciekawostkę można podać, że B. Kocot podobnie jak E. Barcik pochodził z podopolskich Chrząstowic.

Ostatni - ale jakże cenny kruszec, bo złoty medal! – zdobył zawodnik „Odry”, Zbigniew Gut. „Orły” Kazimierza Górskiego szły przez cały turniej jak burza (Polska – Kolumbia 5:1, Polska – Ghana 4:0, Polska – NRD 2:1, Polska – Dania 1:1, Polska – ZSRR 2:1, Polska – Maroko 5:0). W finale biało-czerwoni po ciężkim boju pokonali Węgrów 2:1 (10 września 1972 r. – red.). W spotkaniu o „złoto”, pełne 90 minut na boisku spędził wspomniany Z. Gut. Dwa lata później tenże piłkarz zdobędzie kolejny medal na Mistrzostwach Świata, ale jego wkład w końcowy sukces będzie o wiele skromniejszy niż to było w Monachium.

Co było oczywiste, wszyscy „opolscy” medaliści (również. S. Szozda) zostali niezwykle uroczyście przywitani przez władze nadodrzańskiego grodu. Już 12 września 1972 r. w świetlicy OKS „Odra” odpowiadali licznie zebranej publice o swych wrażeniach związanych z Igrzyskami Olimpijskimi.

Cóż mieli do powiedzenia? („Trybuna Opolska”, nr 254 z 14 IX 1972):

Edward Barcik: Dopiero w ostatniej chwili dowiedziałem się, że pojadę w wyścigu drużynowym. Byłem rezerwowym, ze względu jednak na niedyspozycję Janka Smyraka trener H. Łasak zadecydował, że będę tym czwartym, który ma walczyć o olimpijski medal dla Polski.

Na trasie jechało nam się doskonale. Co 10 kilometrów mieliśmy informacje, jak przedstawia się sytuacja (…). Na 35 i 50 kilometrze mieliśmy najlepszy czas. Dowiedzieliśmy się o tym od trenera Beka. Później zrównali się z nami reprezentanci ZSRR (60 km). Szliśmy do oporu. Każdy z nas dawał z siebie wszystko, a mimo to – jak wynikało z następnych meldunków – traciliśmy do drużyny radzieckiej sekunda po sekundzie. Zresztą na ostatnich 20 kilometrach tablic informacyjnych już nie było i niewiele wiedzieliśmy o tym, jak przedstawia się sytuacja na trasie. Wiedzieliśmy, że jedziemy po medal, do ostatniej jednak chwili nie wiedzieliśmy, jaki będzie jego kolor.

Benedykt Kocot: Już przed startem w sprincie miałem pecha. Na dwa dni przed wyjściem na tor w czasie treningu przydarzył mi się upadek. O obolałym barku nie mówiłem trenerowi, gdyż nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogę nie wystartować. W pierwszym wyścigu sprinterskim z Belgiem nie dawano mi szans. Po zwycięstwie koledzy zrobili mi dużą owację.

Później jednak zostałem wyeliminowany. Wraz z Andrzejem Bekiem ostrzyliśmy sobie zęby w tandemie. Naszym planem było wejście do ósemki. Kiedy okazało się, że mamy szansę powalczyć o wejście do półfinału – w wyścigu z parą NRF postanowiliśmy zrobić wszystko, aby ją wykorzystać. I udało się (…). Pojechaliśmy na żywioł i już następnego dnia stanęliśmy do walki o srebro z zawodnikami NRD. I w tej próbie mieliśmy szansę. Upadek sprzed dwóch dni jednak dał znać o sobie. Przegraliśmy dwukrotnie.

Ale przed nami był jeszcze medal brązowy, o który zmierzyliśmy się z Francuzami (Morelon – Trentin). Zdołaliśmy z siebie wykrzesać jeszcze tyle sił, aby wyjść z tego pojedynku zwycięsko.

Stanisław Szozda: Z sukcesu w wyścigu drużynowym cieszę się ogromnie. Razem ze mną przeżywają to rodzice. Matka i ojciec są zapalonymi kibicami zresztą nie tylko kolarstwa. Dopiero w domu potrafiłem docenić wartość srebrnego medalu, który zdobyłem w Monachium.

Zbigniew Gut: W spotkaniach eliminacyjnych najbardziej obawialiśmy się piłkarzy NRD. Właśnie z meczu z naszymi najgroźniejszymi rywalami do pierwszego miejsca debiutowałem na Olimpiadzie. Miałem trochę tremy, ale szybko to przeszło. Naszym zadaniem było ten mecz wygrać, aby trafić do grupy półfinałowej, w której mieliśmy największe szanse walki o medal (…). W finałowym pojedynku z Węgrami okazało się, że mamy więcej sił od naszych przeciwników. W przerwie tego spotkania (przegrywaliśmy 0:1) wierzyliśmy, że stać nas co najmniej na remis. Nasze przypuszczenia opieraliśmy przede wszystkim na tym, iż w drodze do szatni na przerwę Węgrzy wydawali się bardziej zmęczeni całym turniejem.

Potwierdziło się to w drugiej części gry. Trudno jest natomiast opowiedzieć, co działo się na stadionie w Monachium po końcowym gwizdku sędziego. Po prostu szał radości. Tak przyjemnej chwili w życiu jeszcze nie przeżyłem.

Archiwalne zdjęcia

Facebook

Polecamy

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online