Budowlani Opole - Lechia Gdańsk 0:1 (Sezon 1956).19 kolejka: 14.10.1956 Budowlani Opole – Lechia Gdańsk 0:1 (Rogocz 15)

Kściuk, Wrzos, Kania, Cichy, Strociak, Rogowski, Spałek, Popluc, Klik, Jarek, Mielniczek 

Srogo zawiedzeni i mocno zdenerwowani opuszczali wczoraj kibice opolski stadion. Trudno się temu zresztą dziwić, gdyż końcowy wynik, a szczególnie sam przebieg meczu mógł przyprawić bardzo łatwo, nawet zdrowego człowieka, o atak serca.

Rzecz jasna, że nie zawsze można wygrać, czasami nie dopisze szczęście, nerwy, czasami przeciwnik jest dużo lepszy. Trudno wtedy o zwycięstwo.

Chodzi jednak o to, że w niedzielę Lechia nie zagrała wcale koncertowo, raczej bardzo przeciętnie, aczkolwiek mądrze. Zwycięstwo nad nią leżało więc w granicach możliwości naszych ligowców.

Jak się okazało, trudno o sukces, jeśli część zespołu gra na „chodzonego” bez krzty ambicji i woli zwycięstwa. Wtedy i pozostałym członkom zespołu opadają ręce, a ostateczny wynik meczu zależy już wtedy tylko od przeciwników.

Wczoraj właśnie zawiodły koronne postacie napadu opolskiego, reprezentanci Polski – Jarek i Spałek. Ich gra nie przypominała w niczym dotychczasowej świetności. Odnosiło się stale wrażenie, że obaj wyszli na boisko nie po to, by grać, ale odrobić „pańszczyznę”. Gra Jarka i Spałka pozbawiona była wczoraj szybkości i refleksu, a co gorsze, ambicji i serca do walki, tych atutów, z których Budowlani słyną w całej Polsce.

Na nic więc zdała się żywiołowość i ciąg do przodu zawsze ambitnego Klika, czy też udane zagrywki Mielniczka, którzy próbowali poderwać kolegów do walki. Wszystkie, niestety, akcje zaczepne kończyły się przeważnie na Jarku i Spałku, którzy ogromną część piłek tracili na rzecz obrońców Lechii.

Wydaje się, że części zespołu opolskiego uderzyła do głowy tzw. „woda sodowa”. Trzy wyjazdy za granicę (Bułgaria, Czechosłowacja i NRD) zamiast zmobilizować zawodników do lepszej gry i stałego podnoszenia poziomu, nauczenia się czegoś od zagranicznych przeciwników, spowodowały mogącą się tragicznie zakończyć tzw. pewność siebie.

Nie bez winy jest i tutaj trener Bieniek, od którego w dużej mierze zależy aktualna forma zespołu. Obserwujemy z niepokojem postępy, jakie robią Budowlani pod jego kierunkiem i śmiemy twierdzić, że opolanie nie poprawili w tym sezonie ani na jotę wyszkolenia technicznego (wloką się w tym względzie w ogonie ligowców), a co gorsze, stracili szybkość.

Lechia zagrała wczoraj wzmocnioną defensywą. Doskonałemu Koryntowi dano do pomocy jeszcze prawego łącznika Musiała, który miał wraz z nim bronić dostępu do świątyni Gronowskiego. Jak wskazuje ostateczny rezultat, taktyka ta zdała egzamin. Nie należy jednak zapominać tutaj o tym, że gdańszczanie przez cały mecz robili niebezpieczne wypady, z których każdy nieomal groził bramką.

Jak wspomnieliśmy na wstępie, Budowlani mogli rozstrzygnąć to spotkanie na swoją korzyść. Dwie poprzeczki, a także szereg kapitalnych okazji mogło się zakończyć bramkami. Dlaczego się tak nie stało? Najlepiej na to pytanie odpowiedzieć by mogli napastnicy Budowlanych.

Inna rzecz, czy sukces opolan byłby zasłużony. Chyba nie. Przecież prócz umiejętności o ostatecznym rezultacie prawie zawsze decyduje wola zwycięstwa. Tej, niestety, pięknej cechy sportowców, wczoraj opolanie nie rzucili na szalę i przede wszystkim dlatego musieli przegrać.

Z innych mankamentów zauważyliśmy wczoraj moc niecelnych podań, a także słaby start do piłki.

W zwycięskiej drużynie wyróżnił się niezawodny Korynt oraz Rogocz i Górny w ataku.

Z opolan wyróżnić należy ambitnych Klika, Strociaka i Wrzosa oraz mimo winy za straconą bramkę, Kanię.

Na osobną wzmiankę zasługuje sędzia spotkania ob. Fronczykowski ze Stalinogrodu, którego aktualna forma w pełni kwalifikuje go na tzw. „emeryturę”.

„Trybuna Opolska”, nr 246 z 15 X 1956

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online