Michał BajorKimże jest tytułowy podpalacz, którego czyny obróciły w zgliszcza Wieczne Miasto?

Co prawda pamiętamy z kart historii, iż w I wieku n.e. żył cesarz Neron, za którego panowania doszło do wielkiego pożaru w stolicy Imperium Rzymskiego. Zwykliśmy przyjmować za pewnik, iż za ową tragedią stoi sam wychowanek Seneki Młodszego (kłania się tu „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza – red.). Prawda jest nieco bardziej złożona. Rzym dotykały liczne pożary już w okresach wcześniejszych, niemniej to tragedia z 64 r. n.e jest najbardziej znana.

Dlaczego więc i kto przypisał pożar Rzymu ostatniemu cesarzowi z dynastii julijsko-klaudyjskiej? Odpowiedź narzuca się sama. Protagonistami Nerona byli rzymscy arystokraci, oskarżający go o tyraństwo. Ten nie pozostawał dłużny, posyłając wielu jej reprezentantów - z Gajuszem Pizonem na czele – do krainy wiecznej szczęśliwości. Po śmierci ostatniego cesarza z dynastii julijsko-klaudyjskiej (w 68 r. n.e.), piśmienna arystokracja zadbała o „odpowiednie” przedstawienie okresu jego rządów (dzieła Tacyta i Swetoniusza – red.).  

Gdzie leży więc prawda o tej niezwykle barwnej postaci? Hmmm, zapewne gdzieś pośrodku...*

Naszym dzisiejszym „podpalaczem Rzymu” nie jest więc Neron (którego w tym miejscu nawet bronimy), a ceniony w świecie kultury opolski aktor i piosenkarz - Michał Bajor **.

Ale jak to się stało, że człowiek o nieposzlakowanej – zdawać by się mogło – opinii, zdecydował się na tak potworną rzecz?!!!

Odpowiedź na tak postawione pytanie znajduje się w poniższym stenogramie (Iwona Kłopocka, „NTO” z 21 kwietnia 2000 r.):

 

- O propozycji zagrania Nerona dowiedział się pan w lutym, będąc w Stanach Zjednoczonych na koncertach. Jak pan przyjął tę wiadomość?

- Ciche informacje, że to ja zagram Nerona, otrzymałem jeszcze przed wyjazdem, natomiast kiedy byłem w Stanach, potwierdzono mi decyzję reżysera Jerzego Kawalerowicza. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Ta wiadomość dosłownie uskrzydliła mnie i dzięki temu występowało mi się na koncertach dla Polonii podwójnie śpiewająco.

 

- Nieoficjalnie wiemy, że były inne kandydatury do tej roli. Czy wiele nerwów kosztowało oczekiwanie na potwierdzenie, że rola przypadnie jednak panu?

- Oczywiście. Startowało do tej roli kilkunastu wybitnych kolegów. Nerwy były ogromne i każdy dzień oczekiwania to była katorga psychiczna, a przecież trzeba było w tym samym czasie normalnie pracować i często robić dobrą minę do gry pełnej niewiadomych.

 

- Do kina wraca pan po długiej, bodajże 10-letniej przerwie. Czym była ona spowodowana?

- Byłem znużony kinem i teatrem, gdyż zacząłem wszędzie otrzymywać bardzo podobne propozycje. Dlatego wygrała estrada i stworzyłem „Teatr Piosenki Michała Bajora”.

 
- Nie tęsknił pan za graniem?

- Za kinem tęskniłem, za teatrem mniej. W teatrze bywam jako widz, bo niezwykle doceniam pracę kolegów, i to wszystko jedno w jakim teatrze – czy w Warszawie, czy w Krakowie, czy też w Opolu. Często wchodzę po cichu i po cichu uciekam, rozmyślając potem o rolach, sztuce i bardzo ciężkiej pracy aktora w naszym kraju.

 

- Kiedy czytał pan pierwszy raz „Quo vadis”? Czy identyfikował się pan z którąś z postaci?

- „Quo vadis” przeczytałem dopiero w tym roku, już wiedząc, że zagram w ekranizacji. Żałuję, że kiedyś ominęła mnie ta książka, ale lepiej późno niż wcale. Będąc dojrzałym człowiekiem, oczywiście nie identyfikowałem się z żadną z postaci, a już na pewno nie z Neronem – potworem. Rzecz jasna, że będzie to rola aktorska, a nie odbicie mojej osobowości. Niemniej to jedyna rola, którą mogę zagrać, bo przecież nie pięknego Petroniusza czy Winicjusza!

 

- Neron to postać obrzydliwa: okrutnik, trochę wariat. Jakie ma pan wobec niej uczucia? Czy już zaczyna pan „wchodzić w skórę” Nerona?

- Za wcześnie o tym mówić. Nie należę do artystów, którzy muszą wcielać się w rolę, eksperymentując na co dzień z zachowaniami postaci, którą mają zagrać. Będę chciał pokazać, dlaczego Neron był zły, a nie usprawiedliwiać postawę. To byłoby za proste i mało prawdziwe, bo on przecież był zły.

 

- Czy zamierza pan szukać szczegółów do zbudowania jego wizerunku ekranowego w materiałach historycznych, źródłowych?

- Jak najbardziej. Jestem w tej chwili obłożony książkami o czasach Neronowi współczesnych i nie ukrywam, że był to fascynujący okres. Już nie było bogów, a jeszcze nie było Boga, a człowiek był niezwykle samotny. Taki też był Neron. Zagubiony, bojący się o swoja władzę i o życie.

 

- Wyczuwam tu nutkę współczucia czy może zrozumienia dla – jak sam pan powiedział – potwora…

- Nie, to ani współczucie, ani zrozumienie. Po prostu, na ile pozwoli mi scenariusz, chcę pokazać złego człowieka, ale złego z konkretnych powodów, a nie dlatego, że tak sobie wymyślił on czy jego biografowie. My, oceniając Nerona z perspektywy wieków, oceniamy go jednocześnie z perspektywy wartości chrześcijańskich, a tymczasem on w swoich czasach nie miał odniesienia do takich wartości.

 

- Czy przydadzą się w filmie pańskie umiejętności wokalne? Neron uważał się za poetę i śpiewaka, ale podobno był grafomanem i beztalenciem.

- To nie jest do końca prawda. Jerzy Kawalerowicz uważa – i ja po przeczytaniu wielu publikacji na temat Nerona skłaniam się również ku niemu – że cezar był artystą. Może nie genialnym, ale jednak artystą. Proszę nie zapominać, że jego wizerunek stworzyli w publikacjach starożytnych jemu współcześni, a więc często jego wrogowie. A czy będę śpiewał i recytował – i na ile dobrze mam to robić – o tym zadecyduje reżyser.

 

- Jakie nadzieje pan wiąże z tym filmem? Czy uważa pan, że wraz z udziałem w „Quo vadis” zmieni się pańska kariera zawodowa?

- Absolutnie tak. Jest to punkt zwrotny, coś, na co czekałem wiele lat. Jak powiedziała Ewa Bem (znana piosenkarka jazzowa – red.): „Może to jest właśnie ta książka, która miała się teraz otworzyć”. Bardzo w to wierzę i wiążę z tym ogromne nadzieje pod każdym względem.

 
- Jak w tej chwili wyglądają przygotowania do filmu?

- Spotykamy się z reżyserem i rozmawiamy. Gotowe już są kostiumy Nerona, jego uczesanie i charakteryzacja – wszystko bardzo bogate i efektowne. Zdjęcia rozpoczynamy w maju w Afryce, w czerwcu przeniesiemy się do Francji, a od lipca do października będziemy kręcić w Warszawie.

 
- Cały ten czas poświęci pan wyłącznie filmowi?

- Nie, w przerwach między zdjęciami zaczynam nagrania do mojej nowej, jedenastej już płyty. Znajdą się na niej piosenki takich kompozytorów jak Korcz, Rubik, Spyrka, Obcowski, Gogolewski, Borkowski i Tabęcki oraz teksty m.in. Młynarskiego, Ozgi czy Sosnowskiego. Powtórzy się więc wiele nazwisk z poprzedniej płyty, ale o ile tamta była o uczuciach, ta będzie o emocjach.

 

- Czy już pan wie, jakie najtrudniejsze zadanie w filmie będzie na pana czekało, czy jest coś czego pan się obawia?

- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Obawiam się wszystkiego, ale też z wszystkiego się cieszę. Radość sprawia mi powrót do aktorstwa, i to do aktorstwa – przynajmniej z założenia – przez wielkie „A”. Proszę trzymać za mnie kciuki.

 
- Już trzymamy i do zobaczenia w starożytnym Rzymie.
 
 
 

* Polecam dzieło Aleksandra Krawczuka „Neron” (Warszawa 1965), który daje świetne studium poznawcze ostatniego cesarza z dynastii julijsko-klaudijskiej.

** Michał Bajor (ur. 13 czerwca 1967 r. w Głuchołazach). Od wczesnej młodości związany z opolską sceną teatralną. W 1970 r. debiutował na KFPP, trzy lata później zwyciężył w Zielonej Górze (Festiwal Piosenki Radzieckiej). W 1985 r. otrzymał Nagrodę im. Stanisława Wyspiańskiego I stopnia za osiągnięcia na niwie scenicznej. Od 1987 r. wydał 20 płyt. Aktor teatralny (m.in. „Opera za trzy grosze”, „Śmierć Dantona”, „Trans-Atlantyk”, „Evita”, „Quo vadis”, „Świętokrzyska Golgota”) oraz filmowy (m.in. „Polskie drogi”, „Limuzyna Daimler-Benz”, „Ucieczka z kina Wolność”, „Quo vadis”).

Archiwalne zdjęcia

Facebook

CPR certification onlineCPR certification onlineCPR certification online